Już wieki nic nie pisałam, więc taka niespodzianka n a święta :D
Dużo ostatnio przeprowadziłam rozmów z osobami, które nie przepadają za świętami. Czasem były krótkie "Ja lubie - a ja nie", a czasem dłuższa dyskusja. Przy okazji tej drugiej, pojawiał się często argument, który mnie mocno zastanawiał "w święta jesteśmy mili na siłę, udajemy, myśląc co innego".
Po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku - może to w pewnym stopniu udawanie, ale myślę, że jest nam (conajmniej raz do roku) potrzebne.
Wiem, że to nie brzmi, ale zaraz wyjaśnie :D.
Chodzi o to, że wiadomo - wyrozumiali dla siebie powinniśmy być cały rok, jednak wiadomo, że mało komu to się udaje. Poza tym jestem zdania, że każy z nas, niezależnie od wieku potrzebuje, żeby go trochę wychować ;) Innymi słowy pomóc w "doskonaleniu się", stawaniu się lepszym człowiekiem. Tak jak małemu dziecku mówi się, żeby nie krzyczało głośno jak czegoś chce, tylko ciszej o to prosiło -> dla dziecka jest to nienaturalne i nie logiczne, ale "udaje" ono, że tak spokojnie mówi zawsze gdy czegoś chce, aż mu to wyjdzie w nawyk i zrozumie, jaki to ma sens.
Tak samo nas trzeba od czasu do czasu wychować i myślę, że takie święta to doskonała dla wszystkich okazja, żeby wstrzymać się od narzekania na ości i brak śniegu, nie komentować wpadek bliskich itp itd :). Jako forma treningu i przykładu dla wszystkich wokół, jacy powinniśmy być dla siebie zawsze :) By każdy dzień był Bożym Narodzeniem ;)
Pozdrawiam Was ciepło i wesołych błogosławionych świąt życzę :)
środa, 24 grudnia 2014
poniedziałek, 20 października 2014
babski post;p
Post ze sporą obsuwą, bo to wakacje, to studia, ale już ogarniam ;) post skierowany do dziewczyn, ale każdy może czytać, wszystkie komentarze, opinie i prowokacje jak zwykle mile widziane ;p
Każda kobieta chce być piękna i wyjątkowa. Przez co wiele z nas często ucieka w którąś sprzeczność - albo stara się wykreować idealną siebie, albo ukrywa się pod zaniedbaniem - ponieważ wtedy, nawet gdy zostanie skrytykowana, wie ze zostanie ocenione jej gorsza strona, a nie to jaka naprawdę potrafi być.
By się w tym wszystkim nie pogubić trzeba pamiętać, że kobiecość to nie ciuchy, makijaż, czy efekt przeczytanych poradników. Kobiecość pochodzi z wnętrza. Można być kobiecą w szerokich spodniach i luźnej bluzie, tak samo jak można być sztywną i zamkniętą w nowej krótkiej spódnicy i świeżo po wyjściu od fryzjera.
Często przy tego typu rozmowach słyszy się, że to wszystko wina kompleksów. Co to słowo wgl znaczy? Nikt z nas nie jest idealny. Dzięki Bogu nikt! Każdy z nas ma jakieś cechy charakteru czy wyglądu, których w sobie nie lubi - wyróżnia nas w tej sferze jedynie to, czy skupiamy na nich uwagę, czy patrzymy realnie na siebie. Światowej sławy gwiazdy mają wady wymowy, krzywe nogi czy diastemie - te ostatnie zostały do tego stopnia wypromowane, ze część ludzi robi je sobie specjalnie ;D. Nie powiem nic nowego - ważna jest praca nad pokochaniem i zaakceptowaniem siebie. Oczywiście, to nie przychodzi od tak i mało komu udaje się osiągnąć to w pełni.
Jeśli workowate rzeczy to nie jest Twoja ucieczka od spojrzeń, tylko po prostu stylówa, w której czujesz się najlepiej - noś się tak. Jeśli wolisz sukienki, spódnice - tak samo. Ważne, żeby starać się nigdy nie robić nic "pod publikę", czy żeby się pokazać jaka to ja nie jestem, jeśli wcale taka nie jestem.
Jest łatwy sposób na sprawdzenie, czy przesadnie nie próbujesz zatuszować swojego wyglądu. Prosty test. Wyjdź z domu bez makijażu -> jeśli to dla Ciebie banalna rzecz, to lajtowo ;) oczywiście nie namawiam do tego, żeby zaraz wywalać kosmetyki z szafy, nie nie, proszę mnie opacznie nie zrozumieć ;) mam na myśli taki pojedynczy sprawdzian dla siebie. Jeśli czujesz, że brak makijażu przez jeden dzień jest nie do pomyślenia - powinnaś popracować nad zaakceptowaniem siebie. Jesli zupełnie przeciwnie - nigdy nie robisz nic ze swoją urodą, wiec tym bardziej wyjście w makijażu, czy cokolwiek temu pokrewnego jest stratą czasu - może wydaje Ci się, że nie ma sensu podkreślać niczego w Twoim wyglądzie, bo i tak świata nie interesujesz. To nie prawda. Warto zrobić sobie choćby od czasu do czasu dzień dla siebie, pójść do fryzjera, kupić sobie coś ładnego - cokolwiek. Każda z nas bez wyjątku jest tego warta ;) (zbieżność z reklamą loreala przypadkowa.
Niektóre dziewczyny mogą się dziwić i pytać - po co wymyślać jakieś fanaberie, skoro z doklejanymi rzęsami czują się lepiej i pewniej i starczy pół godziny (ewentualnie 2 pełne) więcej przed lustrem, żeby czuć się piękną i wyjątkową. Od okazji do okazji sprawa jest spoko, żeby tylko nie przesadzić i wkręcić się w sprawę tak, że w przyszłości mając męża nie wstawać przed nim dzień w dzień godzinę wcześniej, żeby przypadkiem nas nie zobaczył niepomalowanej ;). Nie wpędzajmy się w paranoje! We wszystkim trzeba znaleźć złoty środek.
Najważniejsze to pamiętać, by zacząć szukać kobiecości w sobie - oczywiście, można ją później podkreślać itp, jednak dziewczyny pamiętajcie, że kosmetyki i inne szmery bajery to tylko dodatek, a nie źródło :)
A i jeszcze jedno! O niepodążaniu za modą pisałam pewnie już nawet kilka razy, ale w tej kwestii też chce dać na to nacisk - dziewczyny, nie ulegajcie modzie zwłaszcza jeśli chodzi o całe te permanentne makijaże, depilowanie brwi na "nieprzerwany szok/ sowę" i inne takie, bo moda się zmieni za tydzień, a brwi np. mogą tak szybko, albo wgl nie odrosnąć ;)
Każda kobieta chce być piękna i wyjątkowa. Przez co wiele z nas często ucieka w którąś sprzeczność - albo stara się wykreować idealną siebie, albo ukrywa się pod zaniedbaniem - ponieważ wtedy, nawet gdy zostanie skrytykowana, wie ze zostanie ocenione jej gorsza strona, a nie to jaka naprawdę potrafi być.
By się w tym wszystkim nie pogubić trzeba pamiętać, że kobiecość to nie ciuchy, makijaż, czy efekt przeczytanych poradników. Kobiecość pochodzi z wnętrza. Można być kobiecą w szerokich spodniach i luźnej bluzie, tak samo jak można być sztywną i zamkniętą w nowej krótkiej spódnicy i świeżo po wyjściu od fryzjera.
Często przy tego typu rozmowach słyszy się, że to wszystko wina kompleksów. Co to słowo wgl znaczy? Nikt z nas nie jest idealny. Dzięki Bogu nikt! Każdy z nas ma jakieś cechy charakteru czy wyglądu, których w sobie nie lubi - wyróżnia nas w tej sferze jedynie to, czy skupiamy na nich uwagę, czy patrzymy realnie na siebie. Światowej sławy gwiazdy mają wady wymowy, krzywe nogi czy diastemie - te ostatnie zostały do tego stopnia wypromowane, ze część ludzi robi je sobie specjalnie ;D. Nie powiem nic nowego - ważna jest praca nad pokochaniem i zaakceptowaniem siebie. Oczywiście, to nie przychodzi od tak i mało komu udaje się osiągnąć to w pełni.
Jeśli workowate rzeczy to nie jest Twoja ucieczka od spojrzeń, tylko po prostu stylówa, w której czujesz się najlepiej - noś się tak. Jeśli wolisz sukienki, spódnice - tak samo. Ważne, żeby starać się nigdy nie robić nic "pod publikę", czy żeby się pokazać jaka to ja nie jestem, jeśli wcale taka nie jestem.
Jest łatwy sposób na sprawdzenie, czy przesadnie nie próbujesz zatuszować swojego wyglądu. Prosty test. Wyjdź z domu bez makijażu -> jeśli to dla Ciebie banalna rzecz, to lajtowo ;) oczywiście nie namawiam do tego, żeby zaraz wywalać kosmetyki z szafy, nie nie, proszę mnie opacznie nie zrozumieć ;) mam na myśli taki pojedynczy sprawdzian dla siebie. Jeśli czujesz, że brak makijażu przez jeden dzień jest nie do pomyślenia - powinnaś popracować nad zaakceptowaniem siebie. Jesli zupełnie przeciwnie - nigdy nie robisz nic ze swoją urodą, wiec tym bardziej wyjście w makijażu, czy cokolwiek temu pokrewnego jest stratą czasu - może wydaje Ci się, że nie ma sensu podkreślać niczego w Twoim wyglądzie, bo i tak świata nie interesujesz. To nie prawda. Warto zrobić sobie choćby od czasu do czasu dzień dla siebie, pójść do fryzjera, kupić sobie coś ładnego - cokolwiek. Każda z nas bez wyjątku jest tego warta ;) (zbieżność z reklamą loreala przypadkowa.
Niektóre dziewczyny mogą się dziwić i pytać - po co wymyślać jakieś fanaberie, skoro z doklejanymi rzęsami czują się lepiej i pewniej i starczy pół godziny (ewentualnie 2 pełne) więcej przed lustrem, żeby czuć się piękną i wyjątkową. Od okazji do okazji sprawa jest spoko, żeby tylko nie przesadzić i wkręcić się w sprawę tak, że w przyszłości mając męża nie wstawać przed nim dzień w dzień godzinę wcześniej, żeby przypadkiem nas nie zobaczył niepomalowanej ;). Nie wpędzajmy się w paranoje! We wszystkim trzeba znaleźć złoty środek.
Najważniejsze to pamiętać, by zacząć szukać kobiecości w sobie - oczywiście, można ją później podkreślać itp, jednak dziewczyny pamiętajcie, że kosmetyki i inne szmery bajery to tylko dodatek, a nie źródło :)
A i jeszcze jedno! O niepodążaniu za modą pisałam pewnie już nawet kilka razy, ale w tej kwestii też chce dać na to nacisk - dziewczyny, nie ulegajcie modzie zwłaszcza jeśli chodzi o całe te permanentne makijaże, depilowanie brwi na "nieprzerwany szok/ sowę" i inne takie, bo moda się zmieni za tydzień, a brwi np. mogą tak szybko, albo wgl nie odrosnąć ;)
czwartek, 29 maja 2014
Lęki i fobie
Niemal zawsze podczas rozmów o wierze pojawia się pytanie - jak to jest? Skoro Bóg istnieje dlaczego boimy się, uciekamy, często nie jesteśmy zdolni do pokonania swoich "małych", codziennych słabości?
Niezależnie od tego czy wierzysz czy nie, na pewno masz jakieś swoje ograniczenia, lęki. Część z nas boi się pająków, inna powiedzenia swojej opinii na głos, jeszcze inni rozmowy telefonicznej, a jeszcze inni spytać na ulicy obcego o drogę. Dla kogoś to brzmi śmiesznie, ktoś inny pokiwa głową ze ze zrozumieniem.
Pierwsza sprawa: to, że nie dajemy sobie z czymś rady, gdy dla innej osoby jest to łatwe i przyjemne nie powinno sprawiać, że bagatelizujemy nasz lęk. Trzeba stanąć samemu przed sobą w prawdzie - TAK, to mnie przerasta. Nie umiem, nie potrafię, nie jestem ideałem. Każdy ma swoją psychikę i odbiera świat przez swój prywatny pryzmat - więc nie porównujmy się do wszystkich naokoło, tylko patrzmy realistycznie na siebie.
Druga rzecz: ograniczenia są po to żeby je przekraczać, a lęki są po to, żeby je przełamywać. Nie każdy z nas będzie miał okazje uratować człowieka z pożaru (i oby takich okazji było jak najmniej), jednak każdy z nas ma okazje do pewnego rodzaju heroizmu. Oczywiście nie na jakąś niesamowicie ogromną skalę, gdzie po naszym dokonaniu będziemy na pierwszych stronach gazet i na początku dziennika o 19. Trzeba pamiętać, że nie robimy tego by dokarmić swoją pychę, czy żeby stać się kimś wielkim w oczach ludzi - robimy to dla siebie przede wszystkim, często też dla ludzi w naszym bliskim otoczeniu.
To teraz najważniejsze - co robić? Niestety, do takiej walki nie wystarczy jedna spontaniczna decyzja - trzeba trochę pracy i samozaparcia. Nie bój się jednak, należę do jednej z najbardziej leniwych osób po tej stronie Wrocławia, a widzę już w swoim życiu owoce walki o której Ci teraz piszę ;).
Więc, najogólniej mówiąc: rób to czego się boisz/ nie lubisz/ co Cię ogranicza najczęściej jak to możliwe. Boisz się wystąpień publicznych? Pchaj się na nie kiedy tylko masz okazję. Boisz się robaków? Jak tylko skończysz czytać tego posta zapisz się na obóz, lub jakikolwiek event ze spaniem pod namiotami. To są proste przykłady, nie będe podawać recepty na każdy, na pewno doskonale wiesz co jest receptą na Twój ;).
Na podsumowanie, nieco może brutalna słowa: jakkolwiek by to nie brzmiało, prawda jest taka, że jeśli walczycie ze swoim prawdziwym lękiem, ogranczeniem - najprawdopodobniej za pierwszym razem idealnie Ci nie wyjdzie. Nie ma w tym w rzeczywistości nic złego. Nikt nie rodzi się mistrzem we wszystkim. Nie ma takiej opcji do wyboru ;) Dalej nie jesteś przekonany? Zamieszczam Ci mój ulubiony cytaty Michaela Jordana ;) :
"Nie trafiłem do kosza podczas mojej kariery ponad dziewięć tysięcy razy...Przegrałem niemal trzysta meczów...Dwadzieścia trzy razy to do mnie należało oddanie decydującego rzutu i nie trafiłem...Ponosiłem w życiu porażkę za porażką...I właśnie dlatego odniosłem sukces..."
Nie rezygnuj kiedy pojawią się przeszkody - i nie mam na myśli tutaj typowego pustego hasła motywującego, o którym zapomina się po godzinie - z własnego doświadczenia wiem, że wygranie walki z samym sobą daje niesamowitą satysfakcje :). Daj sobie spokój, z myśleniem "a co sobie o mnie pomyślą". Wszyscy Ci oni, jeśli rzeczywiście nie będą Cię wspierać, to daj sobie z nimi spokój. Jeśli to nieznajomi, to i tak jutro zapomną o Twoim istnieniu. Walcz dla siebie. Jeśli zmienisz coś w sobie, albo w swoim najbliższym otoczeniu, świat stanie się odrobinę lepszy dzięki Tobie, a Ty pokażesz samemu sobie, że jesteś zwycięzcą ;d ( ja bardzo proszę nie przyrównywać tego do pewnego filmiku na yt ;) ).
Niezależnie od tego czy wierzysz czy nie, na pewno masz jakieś swoje ograniczenia, lęki. Część z nas boi się pająków, inna powiedzenia swojej opinii na głos, jeszcze inni rozmowy telefonicznej, a jeszcze inni spytać na ulicy obcego o drogę. Dla kogoś to brzmi śmiesznie, ktoś inny pokiwa głową ze ze zrozumieniem.
Pierwsza sprawa: to, że nie dajemy sobie z czymś rady, gdy dla innej osoby jest to łatwe i przyjemne nie powinno sprawiać, że bagatelizujemy nasz lęk. Trzeba stanąć samemu przed sobą w prawdzie - TAK, to mnie przerasta. Nie umiem, nie potrafię, nie jestem ideałem. Każdy ma swoją psychikę i odbiera świat przez swój prywatny pryzmat - więc nie porównujmy się do wszystkich naokoło, tylko patrzmy realistycznie na siebie.
Druga rzecz: ograniczenia są po to żeby je przekraczać, a lęki są po to, żeby je przełamywać. Nie każdy z nas będzie miał okazje uratować człowieka z pożaru (i oby takich okazji było jak najmniej), jednak każdy z nas ma okazje do pewnego rodzaju heroizmu. Oczywiście nie na jakąś niesamowicie ogromną skalę, gdzie po naszym dokonaniu będziemy na pierwszych stronach gazet i na początku dziennika o 19. Trzeba pamiętać, że nie robimy tego by dokarmić swoją pychę, czy żeby stać się kimś wielkim w oczach ludzi - robimy to dla siebie przede wszystkim, często też dla ludzi w naszym bliskim otoczeniu.
To teraz najważniejsze - co robić? Niestety, do takiej walki nie wystarczy jedna spontaniczna decyzja - trzeba trochę pracy i samozaparcia. Nie bój się jednak, należę do jednej z najbardziej leniwych osób po tej stronie Wrocławia, a widzę już w swoim życiu owoce walki o której Ci teraz piszę ;).
Więc, najogólniej mówiąc: rób to czego się boisz/ nie lubisz/ co Cię ogranicza najczęściej jak to możliwe. Boisz się wystąpień publicznych? Pchaj się na nie kiedy tylko masz okazję. Boisz się robaków? Jak tylko skończysz czytać tego posta zapisz się na obóz, lub jakikolwiek event ze spaniem pod namiotami. To są proste przykłady, nie będe podawać recepty na każdy, na pewno doskonale wiesz co jest receptą na Twój ;).
Na podsumowanie, nieco może brutalna słowa: jakkolwiek by to nie brzmiało, prawda jest taka, że jeśli walczycie ze swoim prawdziwym lękiem, ogranczeniem - najprawdopodobniej za pierwszym razem idealnie Ci nie wyjdzie. Nie ma w tym w rzeczywistości nic złego. Nikt nie rodzi się mistrzem we wszystkim. Nie ma takiej opcji do wyboru ;) Dalej nie jesteś przekonany? Zamieszczam Ci mój ulubiony cytaty Michaela Jordana ;) :
"Nie trafiłem do kosza podczas mojej kariery ponad dziewięć tysięcy razy...Przegrałem niemal trzysta meczów...Dwadzieścia trzy razy to do mnie należało oddanie decydującego rzutu i nie trafiłem...Ponosiłem w życiu porażkę za porażką...I właśnie dlatego odniosłem sukces..."
Nie rezygnuj kiedy pojawią się przeszkody - i nie mam na myśli tutaj typowego pustego hasła motywującego, o którym zapomina się po godzinie - z własnego doświadczenia wiem, że wygranie walki z samym sobą daje niesamowitą satysfakcje :). Daj sobie spokój, z myśleniem "a co sobie o mnie pomyślą". Wszyscy Ci oni, jeśli rzeczywiście nie będą Cię wspierać, to daj sobie z nimi spokój. Jeśli to nieznajomi, to i tak jutro zapomną o Twoim istnieniu. Walcz dla siebie. Jeśli zmienisz coś w sobie, albo w swoim najbliższym otoczeniu, świat stanie się odrobinę lepszy dzięki Tobie, a Ty pokażesz samemu sobie, że jesteś zwycięzcą ;d ( ja bardzo proszę nie przyrównywać tego do pewnego filmiku na yt ;) ).
sobota, 24 maja 2014
głosować?
Krótki zwięzły post, a propos jutra i nie tylko ;) I lajtowo, nie piszę tego posta by przedstawić na kogo moim zdaniem powinno się, a na kogo nie głosować, ale dlaczego W OGÓLE powinno się moim zdaniem iść na wybory:
1. Do narzekania każdy pierwszy, a ja wychodzę z założenia, że najpierw powinniśmy mieć na politykę jakiś wpływ (nawet taki najmniejszy), żeby dopiero potem ją komentować. Najłatwiej nie robić nic,a potem narzekać ;)
2. Nie tak znowu dawno ludzie walczyli o prawo do głosowania, które było dla nich wielkim zwycięstwem, za to my ignorujemy ten przywilej - wydaje mi się, że jesteśmy to winni ludziom którzy dla siebie i dla nas go wywalczyli - powinniśmy to zacząć bardziej doceniać. W naszym kraju fakt, jeden nasz głos może od zaraz świata nie zmieni, ale wielu ludzi z ograniczoną wolnością w swoim kraju, dałoby wiele za taki przywilej.
3. Często nie chcemy głosować, bo naszym zdaniem żadna partia nie spełnia naszych oczekiwań - ale w takim przypadku moim zdaniem warto wybierać tą, która najbardziej zbliża się do naszego "ideału" - idealnej nie będzie nigdy, ale zawsze lepiej coś zadziałać niż stać z założonymi rękami.
Tyle info, skrótowo :) pozdrawiam ;)
1. Do narzekania każdy pierwszy, a ja wychodzę z założenia, że najpierw powinniśmy mieć na politykę jakiś wpływ (nawet taki najmniejszy), żeby dopiero potem ją komentować. Najłatwiej nie robić nic,a potem narzekać ;)
2. Nie tak znowu dawno ludzie walczyli o prawo do głosowania, które było dla nich wielkim zwycięstwem, za to my ignorujemy ten przywilej - wydaje mi się, że jesteśmy to winni ludziom którzy dla siebie i dla nas go wywalczyli - powinniśmy to zacząć bardziej doceniać. W naszym kraju fakt, jeden nasz głos może od zaraz świata nie zmieni, ale wielu ludzi z ograniczoną wolnością w swoim kraju, dałoby wiele za taki przywilej.
3. Często nie chcemy głosować, bo naszym zdaniem żadna partia nie spełnia naszych oczekiwań - ale w takim przypadku moim zdaniem warto wybierać tą, która najbardziej zbliża się do naszego "ideału" - idealnej nie będzie nigdy, ale zawsze lepiej coś zadziałać niż stać z założonymi rękami.
Tyle info, skrótowo :) pozdrawiam ;)
czwartek, 15 maja 2014
10 minut
Po maturach w końcu, więc zabieram się z czystym sumieniem za posta ;) a że polski zarówno podstawowy i rozszerzony oparty na tekstach o miłości, więc mój wpis też będzie w ten deseń ;D
Pierwsza rzecz: nie ma w tym raczej nic oryginalnego, że zawsze bardzo hejtowałam ludzi którzy latali po klubach, żeby się po pijanemu całować z nieznajomymi. Teoretycznie można powiedzieć, że trochę zmienił mi się pogląd na takie osoby - oczywisćie nadal w żadnym stopniu tego nie popieram, ale teraz zamiast złości wywołuje to raczej pewnego rodzaju ... może smutek? Trochę gmatwam, ale zaraz wyjaśnię o co chodzi ;)
Rzecz w tym, że żyjemy w trochę dziwnych czasach - wszędzie aż roi się od manipulacji i przekłamania. Miłość jest coraz bardziej kojarzona stricte z seksem, nawet mówi się, że ludzie "kochają się ze sobą". Romantyzm coraz częściej idzie w odstawkę. No i przede wszystkim pośpiech. Może to nasze uzależnienie od internetu tak się objawia? Skrótowo, myślenie jest takie:
Podoba mi się ten utwór - nie pójdę szukać pieniędzy, żeby potem znaleźć tą płytę w sklepie, żeby potem ją kupić i dopiero w domu odsłuchać, bo to zabiera dużo czasu ( i pieniędzy) po co się męczyć, skoro mogę ściągnąć album w 10 minut? Mogę się nauczyć na zajęcia, tylko po co tracić czas, skoro ściągę pisze się w 10 minut? Chłopak widzi piękną dziewczynę w klubie - po co ma o nią zabiegać, starać się, ryzykować odrzucenie, lub to że ma jakieś denerwujące wady, tracić dla niej czas, skoro jest tak pijana, że od rozmowy z nią do całowania się, minie pewnie jakieś 10 minut?
Wszystko chcielibyśmy mieć już. Chcemy już być dorośli, już zarabiać pieniądze, już mieć komu rozkazywać, już mieć problemy z głowy i tylko całe życie sięgać po nagrody, które nam się "należą".
Wiele mediów tak erotyzuje mnóstwo zagadnień, że teraz gdy widzimy na ulicy np.: tatę przytulającego córkę, co poniektórym zaraz włącza się światełko "pedofil", widząc parę, w której partner jest młodszy, światełko "jest z nią dla kasy" itp, itd. Najzwyklejszą czułość potrafimy odczytać wulgarnie. Za to rzeczy rzeczywiście szokujące i wulgarne są na porządku dziennym - "a bo oni więcej wypili, to się mogło zdarzyć".
Lecz co się okazuje - ludzie którzy za wszelką cenę szukają uwagi i nadmiernej bliskości np w takich sytuacjach, gdy dziewczyna tylko szuka czichś "objęć" na imprezie - często wynika z ich ogromnej samotności. Owszem, jest grupa ludzi która na codzień zachowuje się podobnie, ale jest też grupa ludzi, która usiłuję się w takich sytuacjach "jak najmocniej zabawić", bo jest to ich błagalna prośba o byciu najważniejszym dla kogoś innego, lub sposób na pewnego rodzaju dowartościowania się ( co na pierwszy rzut oka, przeczy samo sobie, bo w rzeczywistości takie zachowanie daje w efekcie nalepkę "łatwa" lub "podrywacz"). W końcu wszystko potem można zwalić na alkohol, a jutro znowu wrócić do swoich wartości.
Oczywiście rozumiejąc ten problem, nie powinno się tym samym akceptować takiego zachowania - współczuć ok, ale apeluje - skupmy się na prawdziwych uczuciach, na całej tej niepewności czy on/ona czuje to samo, "motylach w brzuchu" i całej tej pięknej otoczce, której szkoda nie przeżyć :). Nie warto oddawać się krótko trwałym 10-minutowym przyjemnościom, za cenę prawdziwego szczęścia ;).
Pierwsza rzecz: nie ma w tym raczej nic oryginalnego, że zawsze bardzo hejtowałam ludzi którzy latali po klubach, żeby się po pijanemu całować z nieznajomymi. Teoretycznie można powiedzieć, że trochę zmienił mi się pogląd na takie osoby - oczywisćie nadal w żadnym stopniu tego nie popieram, ale teraz zamiast złości wywołuje to raczej pewnego rodzaju ... może smutek? Trochę gmatwam, ale zaraz wyjaśnię o co chodzi ;)
Rzecz w tym, że żyjemy w trochę dziwnych czasach - wszędzie aż roi się od manipulacji i przekłamania. Miłość jest coraz bardziej kojarzona stricte z seksem, nawet mówi się, że ludzie "kochają się ze sobą". Romantyzm coraz częściej idzie w odstawkę. No i przede wszystkim pośpiech. Może to nasze uzależnienie od internetu tak się objawia? Skrótowo, myślenie jest takie:
Podoba mi się ten utwór - nie pójdę szukać pieniędzy, żeby potem znaleźć tą płytę w sklepie, żeby potem ją kupić i dopiero w domu odsłuchać, bo to zabiera dużo czasu ( i pieniędzy) po co się męczyć, skoro mogę ściągnąć album w 10 minut? Mogę się nauczyć na zajęcia, tylko po co tracić czas, skoro ściągę pisze się w 10 minut? Chłopak widzi piękną dziewczynę w klubie - po co ma o nią zabiegać, starać się, ryzykować odrzucenie, lub to że ma jakieś denerwujące wady, tracić dla niej czas, skoro jest tak pijana, że od rozmowy z nią do całowania się, minie pewnie jakieś 10 minut?
Wszystko chcielibyśmy mieć już. Chcemy już być dorośli, już zarabiać pieniądze, już mieć komu rozkazywać, już mieć problemy z głowy i tylko całe życie sięgać po nagrody, które nam się "należą".
Wiele mediów tak erotyzuje mnóstwo zagadnień, że teraz gdy widzimy na ulicy np.: tatę przytulającego córkę, co poniektórym zaraz włącza się światełko "pedofil", widząc parę, w której partner jest młodszy, światełko "jest z nią dla kasy" itp, itd. Najzwyklejszą czułość potrafimy odczytać wulgarnie. Za to rzeczy rzeczywiście szokujące i wulgarne są na porządku dziennym - "a bo oni więcej wypili, to się mogło zdarzyć".
Lecz co się okazuje - ludzie którzy za wszelką cenę szukają uwagi i nadmiernej bliskości np w takich sytuacjach, gdy dziewczyna tylko szuka czichś "objęć" na imprezie - często wynika z ich ogromnej samotności. Owszem, jest grupa ludzi która na codzień zachowuje się podobnie, ale jest też grupa ludzi, która usiłuję się w takich sytuacjach "jak najmocniej zabawić", bo jest to ich błagalna prośba o byciu najważniejszym dla kogoś innego, lub sposób na pewnego rodzaju dowartościowania się ( co na pierwszy rzut oka, przeczy samo sobie, bo w rzeczywistości takie zachowanie daje w efekcie nalepkę "łatwa" lub "podrywacz"). W końcu wszystko potem można zwalić na alkohol, a jutro znowu wrócić do swoich wartości.
Oczywiście rozumiejąc ten problem, nie powinno się tym samym akceptować takiego zachowania - współczuć ok, ale apeluje - skupmy się na prawdziwych uczuciach, na całej tej niepewności czy on/ona czuje to samo, "motylach w brzuchu" i całej tej pięknej otoczce, której szkoda nie przeżyć :). Nie warto oddawać się krótko trwałym 10-minutowym przyjemnościom, za cenę prawdziwego szczęścia ;).
sobota, 26 kwietnia 2014
Słowa
Każdy z nas ma w większą, lub mniejszą potrzebę się czasem wygadać, albo po prostu pomówić, wyrazić swoją opinie, uczucia itp. Wbrew pozorom, nawet zamknięte w sobie osoby, mają silną potrzebę mówić. Potrafimy gadać bez przerwy, komentować fakt, że właśnie przeleciał gołąb, powtarzać, że boli nas głowa, nie dlatego, że chcemy by ktoś coś na to zaradził, tylko po to by podzielić się tym co w tej chwili czujemy. Potrzebujemy stwierdzać zwykłe oczywiste fakty, by mieć ze sobą ciągły kontakt, przedstawiamy sprawy, które nie mają rozwiązania, nie oczekując, że ktoś nam w nich pomoże, tylko żeby po prostu mówić, dać upust uczuciom. W tym wszystkim w sumie nie ma nic złego, poza jednym faktem - nasza ogromna potrzeba mówienia, zwykle nie pokrywa się z potrzebą słuchania.Wylewamy jedni na drugich potok słów, odbierając pobieżnie to co inni mają nam do zaoferowania. Gadając w grupie często przekrzykujemy się, nie interesuje nas to co ma reszta do powiedzenia, ważne by ta reszta usłyszała MÓJ pogląd. Często nawet jak idziemy do kogoś po radę, to w rzeczywistości nie chcemy tak naprawdę usłyszeć odpowiedzi bo wiemy, że w rzeczywistości i tak będziemy obstawać przy wcześniej podjętej decyzji. Mimo to mówimy.
Przestało być już nawet popularne stwierdzenie w stylu "przepraszam, wtrącę się", w którego miejsce pojawiło się wyskakiwanie z tym co wpadło nam do głowy, w momencie gdy druga osoba bierze oddech. Wtrynianie się ze swoją "dużo poważniejszą" sprawą, podczas gdy grupa mówi o czymś innym, też nie jest niczym nowym.
Zapominamy często o tym, że słowa mają też drugie dno. Można powiedzieć "nienawidzę cię" w żartach, a można też powiedzieć "kocham cię" z taką ironią, że komuś w pięty pójdzie. Zwykłe "smutno mi ostatnio" może być tłumionym wołaniem o pomoc, a "nudzę się, dawaj chodźmy się gdzieś przejść" - propozycją planowaną od dwóch miesięcy.
Tylko, że my się wiecznie nie słuchamy, szukamy kontekstów i drugiego dna tam gdzie chcielibyśmy, żeby były, zamiast tam gdzie mamy je podane prawie na tacy. Słuchajmy się nawzajem, szanujmy, poczekajmy, aż inna osoba dokończy, pamiętajmy, że słowa mają swoją wagę. Ważmy je, szczególnie nie lećmy na łeb na szyje z tymi oskarżającymi, z nazywaniem ludźmi wrogami, czy przyjaciółmi. Nie zapominajmy dziękować, nie wstydźmy się przepraszać, bądźmy uważni. Kieruje te rady w równej mierze do Was, jak i do siebie - jeśli chodzi o nawijanie bez sensu, stoję często na podium ;)
mega cytaty na koniec xd: "Często prowadzę z sobą długie rozmowy i jestem przy tym tak mądry, że czasami nie rozumiem ani jednego słowa z tego, co mówię." Oscar Wilde
sobota, 5 kwietnia 2014
Boimy się, że wszystko to za mało
Ciągle dzisiaj coś wcinam, więc wstęp też będzie kulinarny :P
Mega lubie mocne, konkretne smaki. Pikantne, słodkie, kwaśne... jak lemoniada to ze zmiksowanych cytryn, nie z samego soku, jak czekolada pitna, to już sobie odłożę kasy na taką konkretną gęstą prawdziwą w sprawdzonym miejscu, a nie zabarwianą wodę z autoamtu. Rosół dopiero jak dowale full maggi itp ;)
Takie smaki na sto procent. Coś pięknego.
No i teoretycznie (nie wolno zaczynać zdania od "no i") Wszystko powinno się tak robić. Nie chodzi mi o żarcie, bo to kwestia smaku, tylko o takie bardziej życiowe rzeczy. Tylko dlaczego tego nie robimy?
Po pierwsze, najbardziej oczywiste - że gdyby człowiek wkładał serce we wszytko, to by się wykończył. To fakt. Szkoła najprostszy przykład - najlepiej skupić się na przedmiotach która nam się przydadzą/interesują nas/ itp, niż zakuwać na blachę wszystko co się da i ryzykować wypaleniem. Pomijając oczywiście ludzi, którzy np mają mega dobrą pamięć i to nie sprawia im problemu, ale mówię tak ogólnie.
Czyli wychodzi na to, że trzeba dawaćcałego siebie tylko tam gdzie trzeba, gdzie nam zależy. Skupmy się na tym drugim.
Na swoim przykładzie wiem, że z rzeczami które kocham, które są moją pasją bywa, że nie daje z siebie wszystkiego. Przynajmniej nie zawsze. Jest tak zwykle w przypadku gdy ktoś mnie ocenia, gdy jest w tym specjalistą.
Nie mam tu na myśli sytuacji, w stylu, że nauczycielka sprawdza moją znajomość matematyki. Moja znajomość matmy jest mała, jeśli stojąc przy tablicy nie pokazuje całych moich, nazwijmy to "umiejętności" jest to spowodowane raczej stresem.
Jednak kiedy mamy pokazać nasz talent, coś co jest naszą pasją i podlegać ocenie, zwykle nie dajemy z siebie wszystkiego. Zwykle nawet nie jest to spowodowane stresem. Tyko tym, że boimy się dać z siebie wszystko. Dlaczego?
Jeśli zrobimy coś połowicznie, to nawet gdy zawiedziemy wszystkich, to wytłumaczymy się przed sobą: 'nie dałam rady, gorszy dzień, stać mnie na więcej". Jednak my boimy się tego, że jeśli damy z siebie wszystko, to to "wszystko" będzie nie wystarczające. Boimy się, że dotrze do nas fakt, że nasze marzenie nie jest dla nas. Nie ma szans na jego spełnienie. To tak jakby napisać utwór, dać z siebie wszystko grając i po występie usłyszeć ocenę: "no było spoko, chyba nawet znam kogoś kto by ten utwór zagrał wspaniale, prosze prześlij mi nuty".
Dlatego często nasze pasje zamykamy w kręgu znajomych, by snuć dalej niedokończone marzenie, które może jest niepełne, nie rozwinięte, ale za to nic nie sprawi, że zniknie ono na zawsze.
Mega lubie mocne, konkretne smaki. Pikantne, słodkie, kwaśne... jak lemoniada to ze zmiksowanych cytryn, nie z samego soku, jak czekolada pitna, to już sobie odłożę kasy na taką konkretną gęstą prawdziwą w sprawdzonym miejscu, a nie zabarwianą wodę z autoamtu. Rosół dopiero jak dowale full maggi itp ;)
Takie smaki na sto procent. Coś pięknego.
No i teoretycznie (nie wolno zaczynać zdania od "no i") Wszystko powinno się tak robić. Nie chodzi mi o żarcie, bo to kwestia smaku, tylko o takie bardziej życiowe rzeczy. Tylko dlaczego tego nie robimy?
Po pierwsze, najbardziej oczywiste - że gdyby człowiek wkładał serce we wszytko, to by się wykończył. To fakt. Szkoła najprostszy przykład - najlepiej skupić się na przedmiotach która nam się przydadzą/interesują nas/ itp, niż zakuwać na blachę wszystko co się da i ryzykować wypaleniem. Pomijając oczywiście ludzi, którzy np mają mega dobrą pamięć i to nie sprawia im problemu, ale mówię tak ogólnie.
Czyli wychodzi na to, że trzeba dawaćcałego siebie tylko tam gdzie trzeba, gdzie nam zależy. Skupmy się na tym drugim.
Na swoim przykładzie wiem, że z rzeczami które kocham, które są moją pasją bywa, że nie daje z siebie wszystkiego. Przynajmniej nie zawsze. Jest tak zwykle w przypadku gdy ktoś mnie ocenia, gdy jest w tym specjalistą.
Nie mam tu na myśli sytuacji, w stylu, że nauczycielka sprawdza moją znajomość matematyki. Moja znajomość matmy jest mała, jeśli stojąc przy tablicy nie pokazuje całych moich, nazwijmy to "umiejętności" jest to spowodowane raczej stresem.
Jednak kiedy mamy pokazać nasz talent, coś co jest naszą pasją i podlegać ocenie, zwykle nie dajemy z siebie wszystkiego. Zwykle nawet nie jest to spowodowane stresem. Tyko tym, że boimy się dać z siebie wszystko. Dlaczego?
Jeśli zrobimy coś połowicznie, to nawet gdy zawiedziemy wszystkich, to wytłumaczymy się przed sobą: 'nie dałam rady, gorszy dzień, stać mnie na więcej". Jednak my boimy się tego, że jeśli damy z siebie wszystko, to to "wszystko" będzie nie wystarczające. Boimy się, że dotrze do nas fakt, że nasze marzenie nie jest dla nas. Nie ma szans na jego spełnienie. To tak jakby napisać utwór, dać z siebie wszystko grając i po występie usłyszeć ocenę: "no było spoko, chyba nawet znam kogoś kto by ten utwór zagrał wspaniale, prosze prześlij mi nuty".
Dlatego często nasze pasje zamykamy w kręgu znajomych, by snuć dalej niedokończone marzenie, które może jest niepełne, nie rozwinięte, ale za to nic nie sprawi, że zniknie ono na zawsze.
środa, 26 lutego 2014
Czystość
Patrząc choćby przez pryzmat mediów nie trudno zauważyć, że żyjemy w mocno zerotyzowanym świecie. Wszystko się ze wszystkim kojarzy i nawet bajki dla dzieci są przepełnione podtekstami. Utwór muzyczny przykładowo, żeby zyskać popularność nie musi być nie wiadomo jak ambitny, jeśli wpada w ucho wystarczy dodać do niego stękanie w tle i prawie ubrane tancerki w teledysku. Ewentualnie nagą dziewczynę która buja się na kuli i liże młotek.
Wiem, że znowu się odnoszę do tekstów, to chyba przez tą zbliżającą się maturę ;p ale podoba mi się jak pewna sprawa została ukazana w "Ferdydurke" Gombrowicza i "Tangu" Mrożka. W pierwszej książce wszystkie zasady moralne zanikły, dziecku nie zakazuje się sypiania poza domem, zachodzenia w ciąże w młodym wieku, a wręcz się do tego zachęca. W "Tangu" natomiast świat jest tak zdemoralizowany (np.: żona zdradza męża, a on to akceptuje i nawet pozwala kochankowi żony mieszkać w domu), że to co kiedyś było oznaką buntu, teraz jest przyporządkowaniem do systemu. Wydaje mi się, że dzisiaj tak właśnie w dużej mierze jest.
Ponieważ dzisiaj w wielu sferach buntem jest zachowanie moralne. "Całowanie się" z kim popadnie na imprezie jest normą. Schlewanie się w trupa mimo, że nie ma się na to nijak ochoty jest normą. Uprawianie seksu w wieku kilkunastu lat też już nikogo nie szokuje.
To wszystko i więcej stało się czymś zwykłym i codziennym, mimo że normalne nie jest. Więc moim zdaniem, jedyną szansą walki z tym wszystkim jest zachowanie zgodne z zasadami, choć brzmi to trochę jak paradoks:P.
Powoli i trochę naokoło zbliżam się do tematu czystości przedmałżeńskiej. Nie zdziwiłabym się, jeśli ktoś z Was czytając to prychnął, czy parksnął śmiechem. W końcu mamy 21 wiek, antykoncepcje i temat sexu na każdym kroku. Dziewictwo, czy czystość zaczyna powoli brzmieć jak archaizm.
Jednak wbrew temu wszystkiemu istnieją pary które nie sypiają ze sobą, ba - nawet małżeństwa które przeżyły swój pierwszy raz dopiero po ślubie. Wcale nie dlatego, że są nudziarzami, albo nie mieli wcześniej okazji.
Tylko po co to robić? Zwykle jako pierwszy pomysł nasuwa się ludziom romantyzm, chociaż o nim też coraz bardziej zapominamy. Chociaż fakt, że dwoje ludzi czekało wyłącznie na siebie tyle czasu jak dla mnie przynajmniej jest niesamowity. Dobry sprawdzian dla pary, zwłaszcza w czasach gdy "wszyscy inni TO robią" - znowu nasuwa mi się powiedzenie "a gdyby wszyscy inni skoczyli z dachu, to czy byś też skoczył".Dzięki takiej decyzji mamy do siebie większy szacunek, nie budujemy związku na byle jakim gruncie. Jeśli on lub ona wyznaje drugiej stronie, że chce wytrzymać w dziewictwie, to można naprawdę wiele odczytać z reakcji drugiej osoby. Przede wszystkim czy jej/jemu naprawdę zależy.
Często jako kontrargument słyszę: " nie nie, przed ślubem trzeba się sprawdzić jak jest w łóżku, bo co jak on/ona jest kiepski?" - to chyba mój ulubiony kontrargument. Już mam przed oczami scenę: on i ona, zakochani w sobie po uszy, bratnie dusze, wielka miłość, w końcu się odnaleźli itp itd, planują ślub, wszystko się układa... a nie czekaj, ona jest kiepska w łóżku, muszą się rozstać o0. Bezsens.
Wracając do szacunku do siebie - myślę, że to coś niesamowitego mieć w sobie tyle odwagi i siły, żeby pozwolić się do siebie zbliżyć tylko jednej wyjątkowej osobie.
No i też fakt że jest to ogromne wyzwanie i nie każdy byłby w stanie się go podjąć. Jesteśmy ludźmi, jesteśmy słabi, a tu trzeba czegoś więcej niż decyzji, potrzebna siła woli, twardy charakter. Tym bardziej ciężko jest płynąć pod prąd. Z drugiej strony: czy istnieje na świecie chłopak którego cieszy fakt, że jego dziewczyna wcześniej nie raz oddawała się innym? Chyba każdy chciałby być tym pierwszym - to samo tyczy się dziewczyn. Mimo to, sprawa może być ciężka. Nooo, ale wielkie zwycięstwa nie przychodzą łatwo ;).
Oczywiście zaznaczam - jestem jeszcze małolatą i niewiele wiem o życiu ;d. Jakby jednak nie było, to wszystkich moich rówieśników, czy starszych, czy fest dorosłch, czy jeszcze dalej ludzi którzy się tego podjęli darze ogromnym szacunkiem. Gratulacje za walkę czystością, w czasach popkultury :)
Wiem, że znowu się odnoszę do tekstów, to chyba przez tą zbliżającą się maturę ;p ale podoba mi się jak pewna sprawa została ukazana w "Ferdydurke" Gombrowicza i "Tangu" Mrożka. W pierwszej książce wszystkie zasady moralne zanikły, dziecku nie zakazuje się sypiania poza domem, zachodzenia w ciąże w młodym wieku, a wręcz się do tego zachęca. W "Tangu" natomiast świat jest tak zdemoralizowany (np.: żona zdradza męża, a on to akceptuje i nawet pozwala kochankowi żony mieszkać w domu), że to co kiedyś było oznaką buntu, teraz jest przyporządkowaniem do systemu. Wydaje mi się, że dzisiaj tak właśnie w dużej mierze jest.
Ponieważ dzisiaj w wielu sferach buntem jest zachowanie moralne. "Całowanie się" z kim popadnie na imprezie jest normą. Schlewanie się w trupa mimo, że nie ma się na to nijak ochoty jest normą. Uprawianie seksu w wieku kilkunastu lat też już nikogo nie szokuje.
To wszystko i więcej stało się czymś zwykłym i codziennym, mimo że normalne nie jest. Więc moim zdaniem, jedyną szansą walki z tym wszystkim jest zachowanie zgodne z zasadami, choć brzmi to trochę jak paradoks:P.
Powoli i trochę naokoło zbliżam się do tematu czystości przedmałżeńskiej. Nie zdziwiłabym się, jeśli ktoś z Was czytając to prychnął, czy parksnął śmiechem. W końcu mamy 21 wiek, antykoncepcje i temat sexu na każdym kroku. Dziewictwo, czy czystość zaczyna powoli brzmieć jak archaizm.
Jednak wbrew temu wszystkiemu istnieją pary które nie sypiają ze sobą, ba - nawet małżeństwa które przeżyły swój pierwszy raz dopiero po ślubie. Wcale nie dlatego, że są nudziarzami, albo nie mieli wcześniej okazji.
Tylko po co to robić? Zwykle jako pierwszy pomysł nasuwa się ludziom romantyzm, chociaż o nim też coraz bardziej zapominamy. Chociaż fakt, że dwoje ludzi czekało wyłącznie na siebie tyle czasu jak dla mnie przynajmniej jest niesamowity. Dobry sprawdzian dla pary, zwłaszcza w czasach gdy "wszyscy inni TO robią" - znowu nasuwa mi się powiedzenie "a gdyby wszyscy inni skoczyli z dachu, to czy byś też skoczył".Dzięki takiej decyzji mamy do siebie większy szacunek, nie budujemy związku na byle jakim gruncie. Jeśli on lub ona wyznaje drugiej stronie, że chce wytrzymać w dziewictwie, to można naprawdę wiele odczytać z reakcji drugiej osoby. Przede wszystkim czy jej/jemu naprawdę zależy.
Często jako kontrargument słyszę: " nie nie, przed ślubem trzeba się sprawdzić jak jest w łóżku, bo co jak on/ona jest kiepski?" - to chyba mój ulubiony kontrargument. Już mam przed oczami scenę: on i ona, zakochani w sobie po uszy, bratnie dusze, wielka miłość, w końcu się odnaleźli itp itd, planują ślub, wszystko się układa... a nie czekaj, ona jest kiepska w łóżku, muszą się rozstać o0. Bezsens.
Wracając do szacunku do siebie - myślę, że to coś niesamowitego mieć w sobie tyle odwagi i siły, żeby pozwolić się do siebie zbliżyć tylko jednej wyjątkowej osobie.
No i też fakt że jest to ogromne wyzwanie i nie każdy byłby w stanie się go podjąć. Jesteśmy ludźmi, jesteśmy słabi, a tu trzeba czegoś więcej niż decyzji, potrzebna siła woli, twardy charakter. Tym bardziej ciężko jest płynąć pod prąd. Z drugiej strony: czy istnieje na świecie chłopak którego cieszy fakt, że jego dziewczyna wcześniej nie raz oddawała się innym? Chyba każdy chciałby być tym pierwszym - to samo tyczy się dziewczyn. Mimo to, sprawa może być ciężka. Nooo, ale wielkie zwycięstwa nie przychodzą łatwo ;).
Oczywiście zaznaczam - jestem jeszcze małolatą i niewiele wiem o życiu ;d. Jakby jednak nie było, to wszystkich moich rówieśników, czy starszych, czy fest dorosłch, czy jeszcze dalej ludzi którzy się tego podjęli darze ogromnym szacunkiem. Gratulacje za walkę czystością, w czasach popkultury :)
czwartek, 30 stycznia 2014
Maski
Tekst prawdopodobnie nie wiele wnoszący do życia, takie odsiewanie myśli. Madzia ostatnio zadała mi parę ciekawych pytań ,a propos tego, jak zmieniamy swoje zachowanie, zależnie od sytuacji, ludzi - i taka mnie naszła po tym rozkmina:
Przez prawie cały czas ubieramy maski. Czy "Gęby", jak mogliśmy przeczytać/obejrzeć w Ferdydurce. Wbrew pozorom, nie robimy tego z powodu jakiejś naszej wredoty, czy złych pobudek - wręcz przeciwnie, często motywacje mamy bardzo dobrą. Jesteśmy weseli, ale chowamy to pod maską powagi, ponieważ znajoma ma zły dzień. Jesteśmy wściekli, ale ukrywamy to pod maską obojętności, by nie psuć nikomu dnia. Jesteśmy smutni, ale ukrywamy to, by nikt nie okazywał nam litości.
Często zmieniamy się, bo sytuacja tego od nas wymaga. Wiadomo - w operze nie powinno się hałasować, na imprezie siedzieć w kącie z książką. Innych siebie "pokazujemy" na spotkaniach z rodziną, innych, jak godzinę później wychodzimy do znajomych. Przy nich umiemy kląć jak szewce, a podczas rozmowy z nauczycielami, przepraszamy gdy nam się wypsnie "kurde". Czasem to wynika z szacunku,ale zwykle bardziej z konsekwencji, jakie możemy ponieść. Nauczycielka może wstawić jedynkę, z opery mogą nas wyprosić, rodzina może się czepiać itp., itd. więc mamy kilka "ja" na różne okazje. Ponieważ tak jest łatwiej i to przynosi korzyść.
Przez grupy ludzi, z którymi mamy słaby kontakty, możemy być postrzegani nawet jako astronauci. Jednak z ludźmi z którymi widzimy się bardzo często, maski zwykle bywają bezpieczniejsze, łatwiejsze do nałożenia. Często okazuje się, że ludzie z którymi jesteśmy w klasie, będąc naszym (czyt. sztucznie utworzonym ;p) środowisku czują się niekomfortowo, podczas gdy po lekcjach, trafiając do "swoich" stają się niemal zupełnie innymi ludźmi. Śpiewają, tańczą, biegają, zdobywają mistorzostwa Europy. Ci sami, którzy w szkole gdy na nich popatrzeć, spuszczają wzrok. Te zamknięte maski, to nie jest próba oszukania nikogo. To tylko próba ukrycia się, ze strachu, że nie zostaną zaakceptowani.
Więc kiedy tak naprawdę jesteśmy sobą? Tak naprawdę, możemy spędzać ze sobą nawzajem dużo czasu, a tak naprawdę się nie znać. Najlepszym sposobem, żeby się odkryć, to podbramkowe sytuacje, coś nie coś w stylu "prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie", ale nie do końca. Współpraca w ważnej sprawie, spędzenie ze sobą dnia, dwóch, bez przerwy. Najlepiej na jakimś wyjeździe. Wspólny projekt wymagający prawdziwego zaangażowania. Filmy i biografie są przepełnione opowieściami o zespołach które się rozpadły krótko po rozpoczęciu współpracy, mimo że Ci ludzie wcześniej byli w bardzo dobrych relacjach. Tak to jakoś po prostu jest - niezależnie z czego biorą się nasze maski, to nie jesteśmy ich w stanie utrzymywać na sobie 24 h na dobę, zwłaszcza gdy pojawi się jakiś konflikt, czy wspólny cel nad którym trzeba pracować.Gdy dochodzi stres, irytacja, skupiamy się na wspólnym (lub swoim) celu i nie trzymamy masek. Co nie znaczy, że zdejmujemy maski tylko w nieprzyjemnych sytuacjach. Pozwalamy sobie na to, gdy czujemy się z kimś naprawdę dobrze, jesteśmy rozluźnieni (chociaż to też istnieje ryzyko, że gdy nam na czyjejś uwadze za bardzo zależy, udajemy kogoś kto by naszym zdaniem najbardziej "odpowiadał" charakterem tej osobie).
Może to po prostu ciężko i niekomfortowo tak chodzić bez niczego? Może, to wszystko jesteśmy my, tylko, różnych siebei pokazujemy zależnie od sytuacji? Jestem ciekawa jak Wy to postrzegacie :)
Przez prawie cały czas ubieramy maski. Czy "Gęby", jak mogliśmy przeczytać/obejrzeć w Ferdydurce. Wbrew pozorom, nie robimy tego z powodu jakiejś naszej wredoty, czy złych pobudek - wręcz przeciwnie, często motywacje mamy bardzo dobrą. Jesteśmy weseli, ale chowamy to pod maską powagi, ponieważ znajoma ma zły dzień. Jesteśmy wściekli, ale ukrywamy to pod maską obojętności, by nie psuć nikomu dnia. Jesteśmy smutni, ale ukrywamy to, by nikt nie okazywał nam litości.
Często zmieniamy się, bo sytuacja tego od nas wymaga. Wiadomo - w operze nie powinno się hałasować, na imprezie siedzieć w kącie z książką. Innych siebie "pokazujemy" na spotkaniach z rodziną, innych, jak godzinę później wychodzimy do znajomych. Przy nich umiemy kląć jak szewce, a podczas rozmowy z nauczycielami, przepraszamy gdy nam się wypsnie "kurde". Czasem to wynika z szacunku,ale zwykle bardziej z konsekwencji, jakie możemy ponieść. Nauczycielka może wstawić jedynkę, z opery mogą nas wyprosić, rodzina może się czepiać itp., itd. więc mamy kilka "ja" na różne okazje. Ponieważ tak jest łatwiej i to przynosi korzyść.
Przez grupy ludzi, z którymi mamy słaby kontakty, możemy być postrzegani nawet jako astronauci. Jednak z ludźmi z którymi widzimy się bardzo często, maski zwykle bywają bezpieczniejsze, łatwiejsze do nałożenia. Często okazuje się, że ludzie z którymi jesteśmy w klasie, będąc naszym (czyt. sztucznie utworzonym ;p) środowisku czują się niekomfortowo, podczas gdy po lekcjach, trafiając do "swoich" stają się niemal zupełnie innymi ludźmi. Śpiewają, tańczą, biegają, zdobywają mistorzostwa Europy. Ci sami, którzy w szkole gdy na nich popatrzeć, spuszczają wzrok. Te zamknięte maski, to nie jest próba oszukania nikogo. To tylko próba ukrycia się, ze strachu, że nie zostaną zaakceptowani.
Więc kiedy tak naprawdę jesteśmy sobą? Tak naprawdę, możemy spędzać ze sobą nawzajem dużo czasu, a tak naprawdę się nie znać. Najlepszym sposobem, żeby się odkryć, to podbramkowe sytuacje, coś nie coś w stylu "prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie", ale nie do końca. Współpraca w ważnej sprawie, spędzenie ze sobą dnia, dwóch, bez przerwy. Najlepiej na jakimś wyjeździe. Wspólny projekt wymagający prawdziwego zaangażowania. Filmy i biografie są przepełnione opowieściami o zespołach które się rozpadły krótko po rozpoczęciu współpracy, mimo że Ci ludzie wcześniej byli w bardzo dobrych relacjach. Tak to jakoś po prostu jest - niezależnie z czego biorą się nasze maski, to nie jesteśmy ich w stanie utrzymywać na sobie 24 h na dobę, zwłaszcza gdy pojawi się jakiś konflikt, czy wspólny cel nad którym trzeba pracować.Gdy dochodzi stres, irytacja, skupiamy się na wspólnym (lub swoim) celu i nie trzymamy masek. Co nie znaczy, że zdejmujemy maski tylko w nieprzyjemnych sytuacjach. Pozwalamy sobie na to, gdy czujemy się z kimś naprawdę dobrze, jesteśmy rozluźnieni (chociaż to też istnieje ryzyko, że gdy nam na czyjejś uwadze za bardzo zależy, udajemy kogoś kto by naszym zdaniem najbardziej "odpowiadał" charakterem tej osobie).
Może to po prostu ciężko i niekomfortowo tak chodzić bez niczego? Może, to wszystko jesteśmy my, tylko, różnych siebei pokazujemy zależnie od sytuacji? Jestem ciekawa jak Wy to postrzegacie :)
sobota, 11 stycznia 2014
feminizm, gender i wg
Fakt faktem, kobiety często mają trudniej w niektórych sferach życia. Strach się samej gdzieś nocą wybrać nie bierze się znikąd, pomijając już milczeniem opinie wysoko postawionych ludzi, a nawet seksuologów, że gwałt jest winą kobiety. Myślę, że tu nie potrzeba komentarza.
Moim zdaniem z jednej strony owszem - ideologia i sam pomysł feminizmu jest bardzo dobry,jednak łatwo odnieść dzisiaj wrażenie, że jego liderki zajmują się nie tym co potrzeba.
Jakkolwiek to nie zabrzmi, nie jestem do końca za stu procentową równością między kobietami a mężczyznami. Moim zdaniem jest oczywiście wiele do naprawienia na tym polu, mam tu na myśli choćby kobiety które poniżane we własnych domach, bite i nie doceniane. Czy kobiety w nie cywilizowanych krajach, które nadal "służą" do siedzenia w domu i rodzenia dzieci. Z resztą nie trzeba patrzeć aż tak daleko, w naszym kraju też znalazłoby się parę przykrych i nawet mocno skrajnych przykładów. Ruch teraz skupił się na walce o władze, czy antykoncepcje, podczas gdy ofiary nadal cierpią. Na nich powinno się teraz skupić, a nie zamiast na obrażaniu się na mężczyzn za to, że pomogli nam zdjąć z półki torbę w pociągu, czy przepuścili w drzwiach.
Jeśli chodzi o równość w zawodzie, to już cięższa sprawa. Wydaję mi się, że jest w dużej mierze personalna - w sensie który zawód jest stricte dla mężczyzn, który dla kobiet i w sumie dużo można o tym gadać, ale ten temat zostawię. Oczywiście jeśli chodzi o zarobki dla ludzi różnych płci, na tym samym stanowisku to jak najbardziej, powinny być takie same.
Co by nie było i jak nie jest, jeśli chodzi o ten ruch, tematem bardzo na topie jest sporna kwestia ideologii gender. Ideologia która twierdzi, że cechy płci nabywamy i nie są uwarunkowane genetycznie. Na pierwszy rzut oka ciekawy pogląd i jeśli kogoś to interesuje, można się nad nim zastanowić. Jednak nie trzeba wielkiego myślenia, ani filozofii by zauważyć że nie jesteśmy tacy sami. Nawet jeśli mała dziewczynka woli się bawić autami zamiast lalkami, czy może nawet ma dwóch starszych braci przez co szybko zaczyna się lepiej dogadywać z chłopakami niż dziewczynami, to przecież halo! Dalej jest dziewczyną. Dorasta, odkrywa powoli swoją kobiecość jak reszta jej rówieśniczek, a przede wszystkim ma dalej inny sposób odczuwania, myślenia, patrzenia na świat niż jej koledzy. To czy bawiła się takimi czy innymi zabawkami, czy lubi czy nie lubi różowego, może mieć oczywiście wpływ na jej charakter, ale przecież nie na płeć! Więc uważam, że całe te akcje, która mają sprzyjać równości, czyli zmuszanie dzieci w przedszkolu, żeby bawiły się inaczej niż chcą, ubieranie chłopaków w spódnicę, a dziewczynom nakazywanie odgrywania zachowań swoich kolegów jest co najmniej dziwne. Żaden rodzic nie nakazuje dziecku jak się ma bawić, robi ono to zawsze na swój sposób, rozwijając przy tym wyobraźnię i co, dorośli mają nagle stać nad dziećmi i nakazywać im kto jest kim w zabawie i jak mają to robić?
Poza tym moim wydaje mi się, że ideologia gender to kolejny krok w stronę tego, o czym już pisałam jakiś czas temu. Równość równością, oczywiście, ale nie zamiana ról. Co w tym dobrego, jeśli kobiety staną się bardziej męskie od mężczyzn, podczas gdy ci zrobią się zniewieściali? Dość dobry, chociaż luźny przykład był w jakiejś lekturze szkolnej, wydaje mi się, że w "Nie-boskiej komedii", ale poprawcie mnie się jeśli się mylę - gdzie jedna grupa chciała pokonać drugą dla równości, co miało w rzeczywistości skutkować jedynie zamianą ról. Klasa robotnicza zmieniłaby się w rządzącą, a rządząca w robotnicza. I co? Dalej niesprawiedliwie.
Ogólnie możemy przyjąć, że ok - może i świat jest nie fair? Można by wiele zmienić? Można. Jestem jednak przekonana, że zamiast mieszania dzieciakom w głowach, najlepiej po prostu, od małego uczyć ich szacunku. Wszyscy mamy takie same prawa do rozwoju i życia, bez względu na płeć, po prostu dlatego, że jesteśmy ludźmi. Każdy z nas jest w stanie dojść spokojnie do tego wniosku, bez udawania kogoś innego, czy kombinowania od najmłodszych lat. Wystarczy, że mamy dobry przykład, w domu, w szkole, czy w jakimkolwiek innym środowisku - że jedno żyje dla drugiego. Płeć mamy inną po to żeby uczyć się od siebie, a nie bezsensownie konkurować. Jeśli jest miłość i szacunek to od razu pojawia się oczywistość - że kobiety nie służą do rodzenia i gotowania, a mężczyźni do zarabiania pieniędzy - jedyna służba do której jesteśmy stworzeni, to pomoc sobie nawzajem :)
*zaktulalizowane ;
wtorek, 7 stycznia 2014
miłość do samego siebie
Jeśli spojrzysz w lustro i powiesz głośno,że się sobie podobasz, ludzie mogą stwierdzić, że jesteś narcyzem, lub może nawet zadufanym w sobie egoistą. Za ta przyjęło się jako norma to, że patrzymy na siebie mówiąc "ło matko jaka ja brzydka, gruba, dzika" i oczekujemy na słowa zaprzeczające tym przymiotnikom. Ba! Jeśli ktoś potwierdzi nasze słowa, jesteśmy w stanie się obrazić! Bezsens, może to właśnie dopiero jest próżność, kryjąca się pod pozorami skromności. Mówi się, że skromność, to świadomość siły, której się nie nadużywa. Oczywiście, to co zawsze powtarzam, nie popadajmy ze skrajności w skrajność. Mówienie: "wow, wow, patrzcie jaki jestem super, wow" - to już też próżność, tak jak w drugą stronę, mówienie o sobie samych złych rzeczy też nic dobrego nie przynosi.
Więc jaki jest na to sposób? Stanąć w prawdzie. Po prostu. Jeżeli mam wrażenie, że za dużo gadam, to oznajmiam to głośno jako fakt, by dowiedzieć się czy nie przesadzam i jak to widza inni. Nie dlatego, że oczekuje w odpowiedzi: "ach nie ach nie, nie prawda, skończ opowiadać, mam jeszcze dwie godziny przerwy".
Tak naprawdę boimy się powiedzieć głośno i otwarcie o swoich dobrych cechach. Ze zewnętrzynymi jest problem, o którym już wspomniałam, a co dopiero gdy dokopiemy się dalej! Od umiejętnośći zaczynając (powiem, że napewno źle napisze ten sprawdzian, tzn.: i tak pojdzie mi super, ale nie jeszcze coś sobie pomyślą), czy najważniejszymi, naszymi stałymi cechami. Kto z nas publicznie chwali swoje cechy? Za kogo by nas wtedy wzieli?
Można powiedzieć, że się czepiam i że tak naprawde jest to mało istotny szczegół. Jednak moim zdaniem to zjawisko jest objawem czegoś większego: naszego braku miłości do siebie. Cały czas oczekujemy, że ktoś inny nas pochwali, zauważy, co jest oczywiście ok, ale o ile nie zapominamy o chwaleniu samych siebie. Nikt tak nie zna naszych możliwości jak my sami, wiec wiele możemy zdziałać na polu naszego własnego wzrastania. Tylko że powtarzania wszystkim naokoło (w tym wmawianie tego sobie) że nic nie umiem nic nie umiem, jestem brzydki, głupi, żal - nie pomoże nam w tym. Przyniesie może krótkotrwałą ulgę, gdy ktoś nam powie,że to nie prawda. To tyle. Oczywiście, pochwały są dobre, plus każdy ma dzień, żeby ponarzekać, sedno jest w tym, by tego nie robić bez potrzeby, bo wtedy krzywdzimy tylko siebie.
Oczywiście, nie stawiam się w roli wszechwiedzącego moralizatora - sama przyłapuje się non stop, na "zrzucaniu" swoich sukcesów na innych, czy po prostu na łut szczęścia. Po prostu powoli dociera do mnie, co w tym jest nie tak i stwierdziłam, że się z Wami podzielę;). Bardzo możliwe, że ktoś z Was przyłapie mnie na słowach w stylu: "nic mi nie wychodzi, jestem bez sensu" - możecie mnie wtedy z czystym sumieniem odesłać do tego posta, hah :d - ale poważnie, każdy może mieć gorszy czas a wtedy pomagamy, pomagamy. Tylko nie twórzmy nie prawdziwych sytuacji, gdzie tylko stoimy i smęcimy, bo skromność jest trendy, a brak wiary w siebie taki "super". Zwłaszcza, że tuż obok nas mogą znajdować się osoby, które serio mają z tym problem.
Więc jaki jest na to sposób? Stanąć w prawdzie. Po prostu. Jeżeli mam wrażenie, że za dużo gadam, to oznajmiam to głośno jako fakt, by dowiedzieć się czy nie przesadzam i jak to widza inni. Nie dlatego, że oczekuje w odpowiedzi: "ach nie ach nie, nie prawda, skończ opowiadać, mam jeszcze dwie godziny przerwy".
Tak naprawdę boimy się powiedzieć głośno i otwarcie o swoich dobrych cechach. Ze zewnętrzynymi jest problem, o którym już wspomniałam, a co dopiero gdy dokopiemy się dalej! Od umiejętnośći zaczynając (powiem, że napewno źle napisze ten sprawdzian, tzn.: i tak pojdzie mi super, ale nie jeszcze coś sobie pomyślą), czy najważniejszymi, naszymi stałymi cechami. Kto z nas publicznie chwali swoje cechy? Za kogo by nas wtedy wzieli?
Można powiedzieć, że się czepiam i że tak naprawde jest to mało istotny szczegół. Jednak moim zdaniem to zjawisko jest objawem czegoś większego: naszego braku miłości do siebie. Cały czas oczekujemy, że ktoś inny nas pochwali, zauważy, co jest oczywiście ok, ale o ile nie zapominamy o chwaleniu samych siebie. Nikt tak nie zna naszych możliwości jak my sami, wiec wiele możemy zdziałać na polu naszego własnego wzrastania. Tylko że powtarzania wszystkim naokoło (w tym wmawianie tego sobie) że nic nie umiem nic nie umiem, jestem brzydki, głupi, żal - nie pomoże nam w tym. Przyniesie może krótkotrwałą ulgę, gdy ktoś nam powie,że to nie prawda. To tyle. Oczywiście, pochwały są dobre, plus każdy ma dzień, żeby ponarzekać, sedno jest w tym, by tego nie robić bez potrzeby, bo wtedy krzywdzimy tylko siebie.
Oczywiście, nie stawiam się w roli wszechwiedzącego moralizatora - sama przyłapuje się non stop, na "zrzucaniu" swoich sukcesów na innych, czy po prostu na łut szczęścia. Po prostu powoli dociera do mnie, co w tym jest nie tak i stwierdziłam, że się z Wami podzielę;). Bardzo możliwe, że ktoś z Was przyłapie mnie na słowach w stylu: "nic mi nie wychodzi, jestem bez sensu" - możecie mnie wtedy z czystym sumieniem odesłać do tego posta, hah :d - ale poważnie, każdy może mieć gorszy czas a wtedy pomagamy, pomagamy. Tylko nie twórzmy nie prawdziwych sytuacji, gdzie tylko stoimy i smęcimy, bo skromność jest trendy, a brak wiary w siebie taki "super". Zwłaszcza, że tuż obok nas mogą znajdować się osoby, które serio mają z tym problem.
piątek, 3 stycznia 2014
na przekór własnemu myśleniu
Historia wymyślona na poczekaniu:
Do Ani doszły słuchy, że jej chłopak ją wczoraj zdradził. Emocje kotłują się w niej od niepewności, przez rozpacz, aż po gniew. Jej przyjaciółka, która od razu jej mówiła, że nie powinni być razem, że źle mu z oczu patrzy itp, tylko podsyca u niej złe emocje. Przypomina jej się, że w sumie cały wczorajszy dzień nie dostała od niego znaku życia, dziewczyna łączy fakty, w sumie ostatnio był jakiś dziwny, tak! Jest już pewna. Powinna się z nim rozstać. Jednak dalej go kocha i inne uczucia delikatnie próbują się do niej przedostać. Postanawia spotkać się z nim i wszystko wyjaśnić.
Spotykają się. Chłopak jest markotny, niewiele mówi. Ma nieobecny wzrok, wydaje się, jakby go nie było w pokoju. Ania chce dać mu ostatnią szansę, pyta czy ma jej coś do powiedzenia. Ten odpowiada po cichu, że nie ma teraz ochoty, może kiedy indziej, zresztą to i tak nic nie zmieni, jeśli jej teraz powie. Te słowa przeważyły szale. Dziewczyna oznajmiła dławiącym się głosem, że nie chce go już więcej widzieć i nie dopuszczając chłopaka do głosu, kazała mu jak najszybciej odejść. Czuła się już na tyle upokorzona, że nie chciała wysłuchiwać jego wyjaśnień.
a teraz historia z punktu widzenia Kuby:
Wszytko układa się coraz gorzej, można powiedzieć tragicznie. Zmarł jego dziadek, który był mu bardzo bliski. Rodzina stoi nad nim, w kółko go pociesza, ale chłopak nie daje po sobie nic poznać, wszystkie uczucia dławi w sobie. Wydaje mu się, że sam poradzi sobie z problemem, nie daje uczuciom wydostać się na wierzch, nie chce by się nad nim ktokolwiek litował. Nikomu jeszcze o tym nie powiedział, usiłuje sobie na razie wszystko sam "przetrawić". Dostaje kilka wiadomości od Ani, nie chce jej na razie nic mówić, wie, że dziewczyna i tak ma teraz sporo na głowie. Nie odpowiada przez większość czasu, później tylko wysyła krótkie "jest ok". Spotykają się tego samego dnia. Po chwili dziewczyna oznajmuje mu, że z nimi koniec, Jest w szoku, przecież nic się między nimi złego nie działo, próbuje z nią to wyjaśnić, ale Ania nie daje mu szans.
Wyszedł zagrać w kosza, wyżył się na boisku, pogadał z kumplem. "Zrozumiał", że wszystkie kobiety są takie same i znowu się mylił. Nie wiadomo o co im chodzi i bez powodu potrafią zrobić awanturę, przecież jeszcze dzień wcześńiej było wszystko w porządku! Da sobie z nią spokój.
***
Wpadł mi do głowy pomysł o czym napisać, ale nie umiałam tego ubrać w słowa, więc stwierdziłam, że opisze to na podstawie jakiejś historii.Jest może trochę przesadzona, ale o to nie dbałam. Chodziło mi o to by przedstawić jakie problemy daje nam inny tok myślenia - tu na najbardziej znanym przykładzie, czyli różnicy w myśleniu chłopaka i dziewczyny, ale równie dobrze mogła by to być różnica w odbieraniu świata przez dwie przyjaciółki, czy nieporozumienia w relacji rodzic - dziecko.
Wracając do pierwszego przykładu - możemy zastanawiać się kto postąpił w tej sytuacji gorzej, albo po czyjej stronie leży wina. Problem będzie jednak istniał nadal - fakt, że często wydaje się nam, że nasz punkt widzenia jest najlogiczniejszy i prawdziwy. Tak naprawdę wszyscy jesteśmy inni i nie mam tu na myśli wyglądu czy nawet cech charakteru, tylko właśnie sposobu myślenia. Musimy być ostrożni w relacjach z innymi. Niektórzy dokuczają sobie gdy się lubią, inni przyjmują taką postawę tylko przy rozmowie z prawdziwymi przyjaciółmi. Jedna dziewczyna może powtarzać "kocham Cię" na okrągło, rodzinie, przyjaciołom, znajomym czy nawet nowo poznanym osobom, którzy właśnie powiedzieli coś zabawnego, podczas gdy inna będzie miała nie lada problem by wyznać komuś, że go lubi.
Nie da się mierzyć wszystkich jedną miarą. Musimy starać się wyjść ze skorupy swojego myślenia, zeskoczyć z poziomu swojej dumy i przyjrzeć się myśleniu i potrzebom kogoś innego. Sama się tego uczę i wiem jakie to trudne. Punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia, a każdy z nas ma conajmniej kilka takich punktów ;). Najważniejsze, by nie traktować tej pracy jako mozolną, ale jako przygodę, jako wyjśćie ze swojego dobrze znanego nam podwórka swoich myśli i poglądów, by wkroczyć w świat zupełnie innego myślenia bliskich nam ludzi :).
i dziękuje Wam za komentarze, szczególnie te z poprzedniego posta, sprawiły mi wielką radość:)
Do Ani doszły słuchy, że jej chłopak ją wczoraj zdradził. Emocje kotłują się w niej od niepewności, przez rozpacz, aż po gniew. Jej przyjaciółka, która od razu jej mówiła, że nie powinni być razem, że źle mu z oczu patrzy itp, tylko podsyca u niej złe emocje. Przypomina jej się, że w sumie cały wczorajszy dzień nie dostała od niego znaku życia, dziewczyna łączy fakty, w sumie ostatnio był jakiś dziwny, tak! Jest już pewna. Powinna się z nim rozstać. Jednak dalej go kocha i inne uczucia delikatnie próbują się do niej przedostać. Postanawia spotkać się z nim i wszystko wyjaśnić.
Spotykają się. Chłopak jest markotny, niewiele mówi. Ma nieobecny wzrok, wydaje się, jakby go nie było w pokoju. Ania chce dać mu ostatnią szansę, pyta czy ma jej coś do powiedzenia. Ten odpowiada po cichu, że nie ma teraz ochoty, może kiedy indziej, zresztą to i tak nic nie zmieni, jeśli jej teraz powie. Te słowa przeważyły szale. Dziewczyna oznajmiła dławiącym się głosem, że nie chce go już więcej widzieć i nie dopuszczając chłopaka do głosu, kazała mu jak najszybciej odejść. Czuła się już na tyle upokorzona, że nie chciała wysłuchiwać jego wyjaśnień.
a teraz historia z punktu widzenia Kuby:
Wszytko układa się coraz gorzej, można powiedzieć tragicznie. Zmarł jego dziadek, który był mu bardzo bliski. Rodzina stoi nad nim, w kółko go pociesza, ale chłopak nie daje po sobie nic poznać, wszystkie uczucia dławi w sobie. Wydaje mu się, że sam poradzi sobie z problemem, nie daje uczuciom wydostać się na wierzch, nie chce by się nad nim ktokolwiek litował. Nikomu jeszcze o tym nie powiedział, usiłuje sobie na razie wszystko sam "przetrawić". Dostaje kilka wiadomości od Ani, nie chce jej na razie nic mówić, wie, że dziewczyna i tak ma teraz sporo na głowie. Nie odpowiada przez większość czasu, później tylko wysyła krótkie "jest ok". Spotykają się tego samego dnia. Po chwili dziewczyna oznajmuje mu, że z nimi koniec, Jest w szoku, przecież nic się między nimi złego nie działo, próbuje z nią to wyjaśnić, ale Ania nie daje mu szans.
Wyszedł zagrać w kosza, wyżył się na boisku, pogadał z kumplem. "Zrozumiał", że wszystkie kobiety są takie same i znowu się mylił. Nie wiadomo o co im chodzi i bez powodu potrafią zrobić awanturę, przecież jeszcze dzień wcześńiej było wszystko w porządku! Da sobie z nią spokój.
***
Wpadł mi do głowy pomysł o czym napisać, ale nie umiałam tego ubrać w słowa, więc stwierdziłam, że opisze to na podstawie jakiejś historii.Jest może trochę przesadzona, ale o to nie dbałam. Chodziło mi o to by przedstawić jakie problemy daje nam inny tok myślenia - tu na najbardziej znanym przykładzie, czyli różnicy w myśleniu chłopaka i dziewczyny, ale równie dobrze mogła by to być różnica w odbieraniu świata przez dwie przyjaciółki, czy nieporozumienia w relacji rodzic - dziecko.
Wracając do pierwszego przykładu - możemy zastanawiać się kto postąpił w tej sytuacji gorzej, albo po czyjej stronie leży wina. Problem będzie jednak istniał nadal - fakt, że często wydaje się nam, że nasz punkt widzenia jest najlogiczniejszy i prawdziwy. Tak naprawdę wszyscy jesteśmy inni i nie mam tu na myśli wyglądu czy nawet cech charakteru, tylko właśnie sposobu myślenia. Musimy być ostrożni w relacjach z innymi. Niektórzy dokuczają sobie gdy się lubią, inni przyjmują taką postawę tylko przy rozmowie z prawdziwymi przyjaciółmi. Jedna dziewczyna może powtarzać "kocham Cię" na okrągło, rodzinie, przyjaciołom, znajomym czy nawet nowo poznanym osobom, którzy właśnie powiedzieli coś zabawnego, podczas gdy inna będzie miała nie lada problem by wyznać komuś, że go lubi.
Nie da się mierzyć wszystkich jedną miarą. Musimy starać się wyjść ze skorupy swojego myślenia, zeskoczyć z poziomu swojej dumy i przyjrzeć się myśleniu i potrzebom kogoś innego. Sama się tego uczę i wiem jakie to trudne. Punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia, a każdy z nas ma conajmniej kilka takich punktów ;). Najważniejsze, by nie traktować tej pracy jako mozolną, ale jako przygodę, jako wyjśćie ze swojego dobrze znanego nam podwórka swoich myśli i poglądów, by wkroczyć w świat zupełnie innego myślenia bliskich nam ludzi :).
i dziękuje Wam za komentarze, szczególnie te z poprzedniego posta, sprawiły mi wielką radość:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)