niedziela, 22 grudnia 2013

Jak niewiele lekcji z podstawówki pamiętam, to nie wiedzieć czemu wyryła mi się w głowie jedna z historii, która opowiadała nam wychowawczyni. Była o małej dziewczynce.Żyła w wysprzątanym, poukładanym, niemal sterylnym domu, z mamą pracoholiczką, która wiecznie powtarzała małej, że ta ma dorosnąć. Nie było wspomniane ile dziewczynka ma lat, ale pojawiła się wzmianka o tym, że jest jeszcze w takim wieku, że mama ją czesze i pomaga się jej umyć. Jednak w związku z wymaganiem wobec córki, zabrała jej wszystkie zabawki, uważając,że dzięki temu przyśpieszy jej dorastanie. Sama nie radziła sobie ze sobą, po położeniu do łóżka dziewczynka wytrwała czekała, aż usłyszy, że jej mam wyłącza laptopa, zamyka pudełko z lekami (prawdopodobnie nasennymi) i kładzie się spać. Wtedy po cichu szła do swojego kosza z ubraniami, w którym na samym dnie chowała swojego pluszaka. Potem kładła się z powrotem spać, rozmyślając o swoich sąsiadach. Nie umiała pojąć jak to jest, że chociaż z powodu gromadki dzieci nie było tam za dużo miejsca, a przy tym porządku, to pranie wiszące w kuchni i ciągły hałas nie przeszkadzało jej w pobycie u nich, podczas gdy w swoim domu, gdzie wszystko jest ułożone i na swoim miejscu, tak bardzo źle się czuła.

Z tego tekstu można wiele wyjąć dla siebie - ale z okazji zbliżających się świąt, chciałabym go rozpatrzeć krótko pod tym kątem. Chce przypomnieć sobie i Wam, że od czystych okien i wypieczonego ciasta, ważniejsza jest atmosfera, zachowanie sensu. Zapach upranych dywanów, czy barszczu dochodzący z kuchni ma tylko podkreślić klimat, a nie go tworzyć. Jeśli jesteś wierzący, pamiętaj że wspominasz przyjście Boga, który oczkuje miłości, a nie wysprzątanej szuflady (oczywiście jedno drugiemu nie przeszkadza, masz chwilę czasu to zrób porządek ;) ), a jeśli nie to i tak, praktycznie ta sama rada do Ciebie: pamiętaj o rodzinie, o miłym spędzeniu czasu i nie daj się gonitwie za zakupami, karpiem i serwetkami.

Bo niezależnie od wyznania, zawodu, czy kolory skóry, w życiu chodzi generalnie o miłość ;) ( w bardzo ogólnym znaczeniu). Miłość jako miłość rodzicielską, partnerską, przyjacielską czy po prostu, miłość do drugiego człowieka, nawet jeśli znamy go 5 minut ;). Więc nie bawmy się w bycie nie wiadomo kim, zakasajmy rękawy i między sprzątaniem, a zakupami nie zapomnijmy dojrzeć drugiego człowieka :)

czwartek, 5 grudnia 2013

Jedną miarą

  Wyjazdy, szkoła...nazbierało się troche to i tutaj mnie długo nie było, więc nie napisałam nowego posta. W zamian za to wklejam moje wypracowanie na polski ;) wybrałam temat: "szukajmy całego wśród dziur". Także lajtowo, nie jest to porównywanie tekstów, albo streszczenie "dziadów" ;)



Jedną miarą
Prosto z mostu, bez zbędnych wstępów: przez całe życie szukamy ideału. Chcemy idealnej pracy, szkoły, związku, wesela, mieszkania, przyjaciela, chłopaka, dziewczyny, dziecka itp. Jednak na przekór fali kultury masowej, dla każdego z nas ten ideał wygląda inaczej. Spełnieniem marzeń jednej z kobiet jest mały skromny ślub w drewnianym kościółku w rodzinnym mieście, inna zaś nie wyobraża sobie innego miejsca, jak wzgórze San Torino.
Zostawmy miejsca, wróćmy do ludzi: niemal każda dziewczyna nosi w głowie obraz idealnego chłopaka. Zwykle ma być jedynie zabawno-poważny, inteligentny- ale nie mądrala, twardy, ale przy tym czuły, silny, ale nie „napakowany”, wysoki, ale nie za bardzo, przystojny – ale też nie tak, żeby wszystkim dziewczynom się podobał. To wszystko plus jeszcze kilka innych cech, zależnie od charakteru dziewczyny. Jeśli ma to wszystko jest ideałem, teraz tylko znaleźć kogoś, kto najbardziej odpowiada temu opisowi.
Prawda jest „niestety” inna. Na świecie nie ma ideałów. W najpiękniejszym, najlepiej wyremontowanym mieszkaniu, prędzej czy później NA PEWNO się coś zepsuje. Podczas „wymarzonego ślubu” może zacząć padać deszcz. Szukając drugiej połówki, przyjaciela, czy współpracownika nigdy nie znajdziemy kogoś idealnego. Brzmi to niesprawiedliwie? To tylko pozory. Popatrz na siebie. Ja patrzę w lustro i widzę wiele swoich wad. Nie namawiam tu nikogo do popadania ze skrajności w skrajność, nie mam na myśli wpatrywania się w swoje kompleksy i szukania wad za wszelką cenę. Mam na myśli jedynie uświadomienie sobie ich, ponieważ skoro chcemy kogoś dobrego, mądrego, fajnego itp…to powinniśmy najpierw sprawdzić, czy my sami mamy w sobie te wszystkie cechy naraz, których wymagamy u innych. Więc, jeśli chodzi o mnie to jest tak: często się mylę i mam kiepską pamięć. Tak, brakuje mi orientacji w terenie, a włosy nigdy nie chcą się ułożyć tak jak „powinny”. Nie – nie chciałabym przebywać z kimś stuprocentowo doskonałym, przy kim czuła bym się jak ofiara losu. Każdy z nas ma wady i to właśnie jest w nas piękne. Przyjrzyj się ludziom otaczającym Cię. Może dzięki temu, że twoja koleżanka nie jest otwarta na ludzi, tylko Ty i niewielu innych ma szanse wejść do jej świata, odkryć skarb, który w nim ukrywa. Może właśnie dzięki swoim włosom w ciągłym nieładzie wyróżniasz się z tłumu? Może chłopak, któremu brakuje poczucia humoru, nadrabia niesamowitą inteligencją, którą nauczył się zasłaniać ten „defekt”?
Oczywiście, nie da się wszystkich lubić, nie zależnie od wielkości naszego serca. Einstein powiedział kiedyś na pozór zabawne zdanie, które jednak kryje w sobie wiele prawdy: „Każdy jest geniuszem, ale jeśli ocenisz rybę, po jej zdolności do wspinania się po drzewie, całe życie będzie wierzyła, że jest głupia…”*. Nie powinniśmy katalogować ludzi, choć prawdą jest, że stereotypy zwykle tworzymy i/lub zapamiętujemy mechanicznie, że jest to ułatwienie dla naszego mózgu, ale patrząc z innej perspektywy: leżenie na kanapie przed telewizorem przez cały dzień, zamiast biegania nasz mózg też odczytuje jako ułatwienie. Ktoś może być łamagą w szkole, a jednocześnie wybitnym sportsmenem. Komuś może brakować słów na scenie, ale też ta sama osoba może jednocześnie brylować towarzystwie. Ja jestem tego przykładem. Ty jesteś tego przykładem. Każdy z nas jest, niezależnie od tego, jaki się nam wydaje.
Nie jest to jakiś niesamowity tekst, udoskonalony wspaniałymi epitetami, czy porównaniami…ale jest to mój tekst. Może nie idealny, ale mój. Napisałam co czuje, jak mi się wydaje i mam tylko cichą nadzieję, że ktoś przeczyta ten tekst i dostrzeże kogoś ze swojego otoczenia kogo nie docenił, może nawet o kim zapomniał – tak jak mi się nie raz zdarza. Uczę się nie dyskwalifikować ludzi, z sobą włącznie. Musimy najpierw pokochać siebie, z naszymi wadami, by ktoś pokochał tak samo nas. Całych jak leci, a nie tak, tyle że z mniejszymi uszami, trafniejszymi ripostami, czy większymi mięśniami. Akceptujmy i szukajmy siebie nawzajem, bo życie jest za krótkie na chowanie urazy i szukaniu wad.

*Cytat o rybie ze specjalną dedykacją dla o.Fidelisa :d
pozdrawiam :)

czwartek, 14 listopada 2013

Przyszłościowe wybory

  Trzecia klasa liceum, jeszcze trochę i będzie trzeba podjąć konkretne decyzje, mające wiele znaczenie dla naszej przyszłości.Najrozsądniej byłoby wybrać coś, na czym można w przyszłości zarobić, oraz żeby przy okazji to był prestiżowy zawód (bo kto by tam szedł na hydraulika) - ogólnie to najbardziej opyla się lekarz, albo prawnik. Noo, może jeszcze informatyk, bo to taki przyszłościowy zawód...
  Hmmm, wiecie co?
  Polecam olać to i robić to czego się rzeczywiście chce.Możecie nazwać to niedojrzałym myśleniem, bezsensownym podążaniem za marzeniami, "a co ona tam wie, życia jeszcze nie zna". Możliwe, ale nad każdym z nas, właśnie w moim wieku znajduje się wizja przyszłości w zawodzie którego się nienawidzi (nie oszukujmy się, robią codziennie to samo, bez pasji, bez chociaż lubienia tego - stanie się to bardzo szybko rutyną, zacznie nas irytować, możemy to znienawidzić). Wizja chodzenia dzień w dzień by odbębnić zadaną prace i wrócić do domu głównie po to by odetchnąć i zebrać siłę na dalszy ciąg rutyny. Wyobraźcie sobie przedmiot, którego nie lubicie. Wyobraźcie sobie, że jedyną formą Waszego zarobku do końca życia, jest siedzenie nad tym jednym przedmiotem. To tak jakby chodzić do szkoły do końca życia. Wydaje mi się, że nikt z nas tego nie  chce!
  Teraz wyobraźcie sobie wasz ulubiony przedmiot...a tam przedmiot! Nawet ulubione zajęcie, może jakąś pasje? Wyobraźcie sobie, że robicie to do końca życia i jeszcze Wam za to płacą!
  Oczywiście jest to najbardziej optymistyczna wersja. Dobrze o tym wszyscy wiemy i pewnie nie muszę tego tłumaczyć, że ryzyko jest dużo większe niż szansa powodzenia.
  Prawda jest taka, że by móc mieć z czegoś naprawdę duże pieniądze, trzeba mieć oczywiście trochę szczęścia, dużo zaparcia i odwagi, a przede wszystkim być w danym zawodzie wybitnym. Pracując nawet jako szewc możecie czesać dużo kasy, jeśli jesteście wybitni, najbardziej znani w mieście, że aż drugiego końca jadą do Was, bo wiedzą, że mało kto zrobi to lepiej. Co z tego, że się przymusisz i zostaniesz w końcu tym lekarzem, skoro ulicę od Ciebie będzie miał swój gabinet ktoś, kto w swoją pracę wkłada serce, podczas gdy Ty robisz to z przymusu, bo po prostu potrzebujesz pieniędzy? Nie muszę chyba odpowiadać, kogo wybierze potencjalny pacjent.
  Mam to szczęście, że mieszkam w rodzinie nooo, powiedzmy "artystów", moi rodzice nie mają typowych zawodów -  dzięki czemu też nie wymuszają na mnie żadnej decyzji. Oczywiście, przejmują się moją przyszłością i nie ukrywają konsekwencji podjęcia złych decyzji. Mam pełną świadomość o ile ciężej wyżyć z aktorstwa czy psychologii, jak ciężko się wybić. Jednak wiem, że moi rodzice, jak i moi przyjaciele dają mi jasno do zrozumienia, że czegokolwiek nie wybiorę to będą mnie wspierać. Każdemu życzę takiej pomocy.
 
  Podsumowując: czy idąc za moją radą, będzie Wam łatwiej? Odpowiedź brzmi: NIE. Jest to rada nie ukrywam, bardzo ryzykowna i wcale nie jest powiedziane, że idąc tą drogą zarobicie dużo pieniędzy, czy zyskacie sławę. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że życie mamy tylko jedno. Wielkie rzeczy nigdy nie przychodzą łatwo. Możemy składać papiery tam gdzie wszyscy, chodzić do restauracji którą wszyscy polecają, ubierać się tak jak innym się podoba... albo możemy składać papiery gdzie nam się podoba, znajdować nowe restauracje które będziemy polecać innym, czy ubierać się tak, że inni będą chcieli nas naśladować ;).
  Od nas zależy tylko to, czy zależy nam bardziej na bezpieczeństwie,  czy wolności.

wtorek, 12 listopada 2013

Płciowość i tożsamość

  Dziewczynki gdy są małe zawsze chcą być księżniczkami. Nikt im tego nie wmusza, nie namawia do tego, po prostu rzadko kiedy znajdzie się w przedszkolu dziewczynka, która nie chce ;). Chłopcy wolą być żołnierzami, strażakami - krótko mówiąc kimś kto ratuje świat. No a teraz uwaga, wstrzymujemy oddech...  zaczynając od dziewczyn, to tak naprawdę z wiekiem  to pragnienie się nie zmienia, tylko zmienia trochę postać. Niezależnie czy ma 12, 18, czy 23 lata, potrzebuje uwagi, by ktoś pokazał, że mu na niej zależy. Wbrew stereotypom, wcale nie chce ona kimś władać, wydawać rozkazy - księżniczka to nie królowa ;)
  Chłopiec natomiast chce się wykazać. Udowodnić coś sobie, innym, najlepiej wszystkim. Zawalczyć, wygrać.
  Oczywiście, każdy z nas jest inny, ale tu chodzi o takie małe dążenia, ciche pobudki. O zauważenia tego, że nawet najbardziej nieśmiały chłopak, ma w sobie potrzebę, żeby się wykazać, tak samo jak typowa chłopczyca, czy dresiara, chciała by się podobać, chce by ktoś o nią zabiegał. 
  Cóż, znowu małe nawiązanie do gender, do tego jak bezsensowne jest nakazywanie dzieciom, żeby zamieniały się rolami podczas zabaw. Problem z płciowością mamy i bez tego. Pewnie niemal każdy z nas widział, jak napalone dziewczyny, nachalnie się komuś narzucają, byle się tylko z kimś "przelizać", albo zagubionego chłopaka, który nie jest w stanie podjąć żadnej odważnej decyzji.
 Oczywiście, komuś może spodobać się wizja dziewczyn, które same rzucają się na szyje, a panie mogą być dumne, że to one mają pełnie władzy i mogą "wybierać". No ok, ale bądźmy realistami. Chłopcy - chcielibyście być z dziewczyną która podała Wam się na tacy z kokardką na głowie? Dziewczyny, chcecie być tymi które w związku noszą spodnie, przynosić swojemu chłopakowi kwiaty i bronić go przed napaścią?
 Oczywiście nie popadajmy ze skrajności w skrajność - nie może być też tak, że kobieta nic nie robi, tylko czeka aż ktoś ją zdobędzie, a chłopak lata wokół swojej lubej jak ten pies i zgadza się posłusznie na wszystko. Dziewczyny - dawajcie znaki, musi być porozumienie i nie wykorzystujcie nigdy drugiej osoby, chłopcy - nie narzucajcie się, ale wykażcie zainteresowanie, postarajcie się, chyba że wolicie by to dziewczyny Was "zdobywały". Bo jak tak dalej pójdzie podczas toastu na weselach kobiety będą opowiadać: "noo, opierał się długo. ale w końcu dał się uprosić i przyjął oświadczyny". Nie zamieniajmy się rolami! Oczywiście, ja mam świadomość faktu, że kobiety często są źle traktowane - to prawda. Jednak uważam, że co innego walczyć o docenianie nas w miejscu pracy, a co innego latanie bez stanika po ulicy w jakimś proteście i darcie się "JESTEŚMY RÓWNI". Nie jesteśmy równi. Przynajmniej nie w tym sensie. Nie każda kobieta umie zrobić to samo co mężczyzna, nie każdy mężczyzna umie zrobić to samo co kobieta.
  Przede wszystkim szanujmy się. Każdy jest inny, każdy ma swoje wady i zalety. Często próbujemy je ukryć (nawet te dobre cechy jak wrażliwość, która och ach nie jest modna), pod maską bycia szpanerem(ką), podrywaczem(czką), chłopczycą (tu się chyba nie odmienia;p) itp. Dlaczego? Ponieważ kiedy ktoś nas skrytykuje za cechę, którą udajemy to to po prostu nie boli. No a przynajmniej, nie boli tak jak  gdy ktoś skrytykuje nas za naszą prawdziwą cechę. Dlatego się ukrywamy, pod kolejnymi płaszczami, często nie mając świadomości, jak bardzo to widać. To, że ludzie nam o tym nie mówią, to nie znaczy, że tego nie widzą. Sam\a dobrze wiesz, jak łatwo wykryć gdy ktoś skłamie, co dopiero gdy udaje cały czas.
  Inna sprawa - nie zawsze udajemy specjalnie. Czasem włącza nam się automat, po prostu w pewnych kręgach nagle nie czujemy się swobodnie mimo, że  wcześniej brylowaliśmy  w towarzystwie. Najlepszą według mnie wypróbowaną metodą, jest robienia czegoś tak często, aż zacznie nam wychodzić. Miałam tak np.: ze śpiewaniem publicznie - tak często wbijałam z wystąpieniami przed audytorium, aż strach ewoluował w dreszczyk emocji. Na pozór banalne, ale walka z każdym lękiem jest trudna, nawet z tym irracjonalnym... ale za to jaka potem satysfakacja! Coś nie do opisania :)
  Podsumowując - nie pozwólmy innym narzucić nam jakiejś roli. Mamy w sobie cechy, których żadnym gender, czy propagandą, czy krzykiem, czy czymkolwiek nie zmienimy, co najwyżej możemy je chwilowo zagłuszyć. Jednak moim zdaniem, czas zmarnowany na zagłuszanie, lepiej poświęcićna rozwijanie swojej osobowości:)

czwartek, 7 listopada 2013

Moda, a myślenie samodzielne

  Dzisiaj notka o temacie bardziej lajtowym ;). Moda - kolejny czynnik który sprawia, że stapiamy się z tłumem. Oczywiście, nie chodzi mi o kupienie jakiejś fajnej rzeczy, która akurat jest modna, nie o to ze mamy od stóp do głów wyglądać zupełnie inaczej niż wszyscy - nawet jeśli oznacza to łażenie w worku po śmieciach. Jednak z drugiej strony, ubieranie się zawsze tak jak nakazuje moda - jest bez sensu. Z życia wzięte - pamiętam jak w pierwszej klasie liceum panowała moda na garsonki (nie czepiam się tego elementu ubioru, ale to b. dobry przykład). Efekt? Dziewczyny w ogólniaku wyglądały jak pochód kobiet idących na umowę o prace. Gimnazjum? Kiedyś zapomniałam do szkoły okularów. Jeśli znajomi byli daleko, rozpoznawałam ich po kolorach arafatek. Dobrze, że chociaż te kolory były inne.

  Teraz (stety i niestety) jest moda na rockowe ciuchy. Z jednej strony spoko, bo to bardzo fajny styl, moim zdaniem dużo lepszy pomysł niż ten szał na żarówiaste spodnie, tak czy inaczej - jest to jednak styl ubierania się konkretnej grupy społecznej, powiedzmy subkultury. Tzn.: widzę ze ten gościu ma glany, bandanę, aha, pewnie słucha rocka, może jeździ na koncerty, dogadamy się" - a teraz? Teraz ten ubiór nie musi świadczyć zupełnie o niczym. Tak samo jak jakiś czas temu, było wielkie bum, czas mody reggae. Ludzie nie znający tej muzyki, nie zastanawiający się nad tym, co symbolizują kolory "zielony-żółty-czerwony" koło siebie, kojarzący tą subkulturę głównie z marihuaną, w co lepszych przypadkach z Bobem Marleyem - ubierali się w ten sposób, tworząc przez to nowe stereotypy (ma dredy - na pewno słucha Bednarka), lub umacniając stare. Fakt jest taki, że można być rastamanem nie jarając zielska, zarówno jak można jarać i  mieć dredy nie rozumiejąc nawet o co w tym wszystkim chodzi. To tak jakby nosić symbol nie zastanawiając się nad jego znaczeniem. Czy ktokolwiek z Was ubrał by gwiazdę Dawida jako ozdóbkę? Oczywiście, że nie ! No, ale skoro już jesteśmy przy temacie religii, oraz bezmyślnego ubierania tego, co wkładają na siebie wszyscy... Nie jestem w stanie za Chiny pojąć mody na krzyże. Zwykły sweter, z krzyżem na całej długości - ok, np. jako świadectwo wiary - jak najbardziej, tak samo krzyżyki na szyi, tauki, czy bransoletki z podobiznami świętych - oczywiście pamiętając, że mają przypominać o Bogu, ale jako ozdoby? Różowy różaniec na rękę? Krzyż w panterkę wyszyty na TYLE SPODNI? Serio? Nawet małe dziecko wie co oznacza ten symbol.

  Tak więc chodzi o to, żeby myśleć. Nie podążać jak ta owca za stadem, w myśl typowego "maminego" powiedzenia: " gdyby wszyscy skoczyliby z okna, to też byś skoczył?" - w którym wbrew pozorom zawiera się wiele prawdy. Oczywiście nie chce w tym poście dać komukolwiek do zrozumienia, że taki styl lub inny, jest zarezerwowany dla jakiegoś wąskiego grona ludzi - chodzi mi o to, że nie zależnie od tego jaki mamy gust, niech to będzie coś naszego, żeby to nie było machinalne kupowanie tego co teraz noszą wszyscy, by ubrać to na jedną imprezę, by potem zalegało w szafie przez 3 lata. Niezależnie od jak bardzo fajnej osoby odgapisz stylówę, to i tak w żadnej mierze nie zastąpi rzeczy w których po prostu czujesz się dobrze ;)
Bo jak tak dalej pójdzie i będziemy się tępo słuchać tego co nam nakazują w mediach... patrząc choćby na modę teraz. Powiedzmy to sobie szczerze i otwarcie - wchodząc do typowej sieciówki ciężko odróżnić które rzeczy są męskie, a które damskie. Kolorowe, jaskrawe, obcisłe i pstrokate ubrania zaczęły wypełniać półki z towarem dla chłopaków, podczas gdy u dziewczyn coraz więcej ciuchów "na chłopczycę". Owszem, jednemu chłopakowi fajnie w jakimś ostrzejszym kolorze, innej dziewczynie do twarzy w szerszej koszuli - i wszystko ok, dopóki ta zamiana nie idzie hurtem.  Powtórzę, aż do znudzenia - przede wszystkim musimy myśleć samodzielnie! Nie tańczyć jak nam zagrają, zarówno w takiej dość błahej sprawie, jak i w poważniejszych.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Trwogi, nałogi jak kłody pod nogi

Fragment komentarza dodanego przez :Anonimowy 31 października 2013 10:08
"Pojęcie wolności jest w tych czasach błędnie pojmowane. Ludzie coraz częściej sami zabierają sobie wolność przez życie w nałogu, przemocy " 

Zacznę od razu kontrowersyjnie :  WOLNOŚĆ, NIE ZNACZY TO SAMO CO: "MOGĘ ROBIĆ TO, CO TYLKO ZECHCĘ" . Brzmi to trochę jak oksymoron? To tylko złudzenie. 
  Przykładowo: myślę sobie - jestem wolna, więc piję na umór (bo przecież mogę) . Upijam się na każdej imprezie i daje mi to dużo fun'u. Już nie wyobrażam sobie dobrej imprezy bez alkoholu. Staję się niewolnikiem. Swojego portfela, ponieważ piwo przestało być doraźną przyjemnością, swojego złego samo poczucia, ponieważ nadmiar wódki źle odbija się na stanie mojego organizmu, albo dlatego, że nie kontroluje się będąc nie trzeźwa i narobiłam głupot które trudno odkręcić. W pewnym momencie uświadamiam sobie swoją barierę psychiczną - nie umiem się otworzyć w towarzystwie bez pomocy procentów. Staję się więźniem celi, do której sama się zaprosiłam.

  Może mniej skrajny przypadek: papierosy. Mała przyjemność, ogólnie dostępna, pomaga zredukować stres, dobrze smakuje do kawy. Zanim się obejrzysz, wypalasz ich kilka dziennie - znowu motyw portfela. Przy każdej nerwowej sytuacji, zamiast skupić się na problemie ( i rozwiązaniu go), myślisz tylko która z osób w pokoju będzie miała Ci pożyczyć ogień. Palisz niezależnie od tego z kim przebywasz, przez co irytujesz innych ludzi. Na deser - nie masz świadomości, jak mocno Twoje ubrania przesiąkają tytoniem, co stawia Cię od razu w złym świetle przy ludziach którzy nie palą, przeszkadza im sam fakt że muszą stać koło Ciebie (bardzo możliwe że nie zdajesz sobie z tego sprawy - spróbuj zapytać kiedyś kogoś szczerego z Twojego otoczenia, czy mu to nie przeszkadza- nie palącego oczywiście). Możesz sobie wtedy oczywiście pomyśleć: "Co mnie obchodzą inni?", ale nigdy nie wiesz czy jedną z tych osób nie okaże się Twój pracodawca, nauczyciel, czy po prostu osoba na której Ci zależy.

  Nie zrozumcie mnie źle - ja nie mówię, że należy odmówić sobie wszelkich przyjemności i żyć w ciągłej ascezie. Chodzi o to żeby myśleć - obserwować siebie, swoje zachowanie. Ustawić sobie pewne bariery. Jeśli jesteś słaby - ok zapal, ale nie pal nałogowo. Jeśli chcesz się napić - spoko pij, ale nie chlej. Bez urwanego filmu i wymiocin - bo jeśli szukasz łatwego sposobu na opróżnienie swojego ciała z obiadu polecam tabletki polepszające perystaltykę jelit. Dużo zdrowsze i skuteczniejsze, a do tego tańsze.

  Oczywiście mogą pojawić się myśli: "Wszyscy palą i żyją i są fajni", "wszyscy moi znajomi żyją od piątku do piątku, piją ile dadzą rade - nie chce być inny/a". Jeśli pojawią się, odpowiedz sobie na pytanie: CZY JESTEM WSZYSCY, CZY CHCĘ BYĆ JAK KAŻDY - CZY MOŻE WOLĘ BYĆ INDYWIDUALNOŚCIĄ?- trzeba mieć sporo odwagi by się przeciwstawić. Niektórym ciężko powiedzieć "nie" po zaproszeniu na imprezę na którą nie chcą iść, a co dopiero powiedzieć na prawdę dlaczego, zamiast skłamać, że"babcia, dziadek, lekcje, palec"?

Jeśli wypracujesz u siebie asertywność, podczas odmawiania trawki, alkoholu, czy papierosów, poza wolnością, poczuciem siły zdobędziesz cechę, która zaowocuje na pewno w przyszłym życiu. Asertywnymi ludźmi ciężko kierować, nie są tak podatni na manipulację.Same plusy, a do tego będzie stać Cię na cheesburgera.

PS Nie opisałam w tym poście tak poważnych przypadków jak prawdziwy alkoholizm, czy uzależnienie od marihuany, ponieważ wydaje mi się, że nie ma potrzeby maglować tego tematu po raz któryś, fakt, że coś takiego odbiera wolność nam i naszym bliskim, moim zdaniem nie potrzebuje komentarza

czwartek, 31 października 2013

"Mały" sprzeciw

  Miałeś kiedyś może taki moment, że mała, niby nieistotna rzecz zmieniła w Twoim życiu wiele? Zgaszona latarnia zachęciła Cię do pójścia wieczorem inną drogą, a może przyjazny uśmiech skłonił Cię żeby do kogoś zagadać? Wrzucenie dwóch złotych do kubka biednego człowieka, miłe słowo poprawiające komuś dzień i wiele innych rzeczy, choć dla nas to drobnych, małych kroków, dla kogoś innego mogą być skokiem milowym w życiu.
  Często nie wierzymy w siłę jednostki. Myślimy: mam za mało lat/funduszy/doświadczenia/czasu/siły/...(wpisz co chcesz) - żeby wprowadzić gruntowne zmiany, żeby zmienić świat, wprowadzić prawdziwą rewolucje. Ci o których czytam w książkach, oni to mogli ale teraz to nie te czasy, zresztą co ja sam/a mogę? Itp, itd. To wszystko nie prawda, wynik braku wiary w siebie. Może stereotypowego myślenia, psychologi tłumu? Co by to nie było - JEST FIKCJĄ. Nasze małe, najmniejsze posunięcie w codziennym życiu potrafi zmienić sto razy więcej niż manifestacja publiczna wielkiego tłumu. Ile razy baliście się coś powiedzieć, z obawy co inni o was pomyślą? Ile razy nie przyznaliście się do swoich przekonań, swojej wiary, gatunku muzyki który lubicie, ponieważ opinia waszej grupy na ten temat była przeciwna? Przypomnij sobie, czy przyniosło Ci to coś dobrego? Zaś jeśli chodzi o tych, którzy odważyli się chociaż raz przedstawić swoją prawdziwą opinię : czy to nie jest cudowne uczucie? Poczucie indywidualności daje wiele, a do tego zwykle pociąga za sobą korzyść innym ludziom: dzięki Twojemu odważnemu przyznaniu się do czegoś, odnajdują powoli odwagę w sobie. Jest to może mały krok dla Ciebie, ale na pewno wielki dla społeczności w której jesteś, która przestaje być jednokolorową masą, a staje się skupiskiem indywidualności. Pozwala to odkrywać siebie nawzajem na nowo, do tego daje ogromne możliwości rozwoju nie tylko nas, ale i innych.     
  Dzięki czemu? Dzięki zwykłym małym odważnym krokom każdego dnia. Odważ się. powiedz, że nuży Cię piosenka, której słuchają wszyscy wokół. Powiedz głośno, że nie podoba Ci się to co dzieje się z Twoją szkołą, miejscem pracy, lub że nie chcesz by poniżano osobę którą znasz. Przyznaj się do swojej wiary, nawet jeśli wokół Ciebie większość osób to ateiści. Przyznaj się do bycia ateistą, nawet jeśli wokół Ciebie znajdują się sami wierzący. Jakkolwiek to pospolicie zabrzmi i niezależnie ile razy to słyszałeś: BĄDŹ SOBĄ. Szlachetne ryby płyną pod prąd. Zwykle trudniejsza droga jest lepsza. Nie daj sobie nigdy wmówić, że małe kroki nic nie znaczą, ponieważ każdy z nas jest w stanie zrobić ABSOLUTNIE WSZYSTKO. Michaelowi Jordanowi wcale nie szło tak znakomicie podczas gry w koszykówkę na początku, a Albert Einstein nie umiał zapamiętać swojego numeru telefonu. Ty też nie daj sobie wmówić że jesteś do niczego, lub że Twoje zdanie się nie liczy. Bądź indywidualistą! Pokaż światu że jesteś, Ty jeden jedyny, a nie wszyscy inni (z którymi często porównywano Cię w domu, gdy dostałeś złą ocenę).
Walcz. Nawet nie wiesz jak wiele jesteś w stanie zmienić

czwartek, 24 października 2013

O co chodzi z tym buntem?

  Hej! Nie będę się teraz przedstawiać, opowiadać nie wiadomo ile o sobie, wymieniać wszystkie moje hobby czy zainteresowania. Tak naprawdę mogę napisać cokolwiek zechcę i wcale to nie musi być prawdą. Mogę opisać się jako niską, wysoką, średnią, miłą, zabawną, albo nudną i szarą. Dzięki temu poznasz mnie taką jaką się widzę, lub jaką chciała bym być. Tego nie chcę. Wolę żebyś poznał mnie przez pryzmat tego, jaka rzeczywiście jestem, odkryjesz to w moich przemyśleniach, w moim sposobie pisania, tym co mnie denerwuje lub cieszy. Więc bez zbędnych ceregieli przechodzimy do sedna: może na początek coś o tytule bloga:


O o chodzi z tym buntem?

  Po pierwsze: bunt nie zawsze jest dobry, ponieważ jeśli już się na niego decydujemy to powinno mieć jakiś zamysł, jakiś cel, powód. Tu nie chodzi o zwykłe oddanie głosu młodzieńczym hormonom (możemy sprzeciwiać się niezależnie od wieku), nie chodzi o manifest swojej wyższości, lub kaprys. Jeśli już walczyć to w imię jakiejś wyższej idei. Tak na prawdę nie potrzebujemy do tego milionowej manifestacji, pochodu, krzyku, rymując się haseł czy plakatów. Najważniejsza w tym wszystkim jest nasza postawa życiowa, może nie tak oczywista jak bilbord, może o wiele bardziej cicha, ale często w swoich skutkach o wiele lepsza, a przede wszystkim - długotrwała.

Każdy z nas może wyjść na ulicę i głosić co ze chce - ale prawdziwe jest jedynie to jacy jesteśmy na codzień. Ta nieco żmudna walka, daje więcej satysfakcji i efektów, niż "jednorazowe akcje".

W takim razie kolejne pytanie: w imię czego warto walczyć? Myślę, że na to każdy powinien sobie w ciszy odpowiedzieć sam, co jest dla niego najważniejsze. Jednak gdybym miała uogólnić powód walki, odpowiedź nasuwa mi się jedna: wolność. Nie mam tu na myśli robienie tego co mi się podoba, latania nago po ulicach i okradania kiosków - ponieważ "moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka". Brzmi jak ograniczenie? To tylko pozory, ponieważ zabierając innym ich wolność, sami stajemy się niewolnikami własnego sumienia.

Więcej już niedługo