Tekst prawdopodobnie nie wiele wnoszący do życia, takie odsiewanie myśli. Madzia ostatnio zadała mi parę ciekawych pytań ,a propos tego, jak zmieniamy swoje zachowanie, zależnie od sytuacji, ludzi - i taka mnie naszła po tym rozkmina:
Przez prawie cały czas ubieramy maski. Czy "Gęby", jak mogliśmy przeczytać/obejrzeć w Ferdydurce. Wbrew pozorom, nie robimy tego z powodu jakiejś naszej wredoty, czy złych pobudek - wręcz przeciwnie, często motywacje mamy bardzo dobrą. Jesteśmy weseli, ale chowamy to pod maską powagi, ponieważ znajoma ma zły dzień. Jesteśmy wściekli, ale ukrywamy to pod maską obojętności, by nie psuć nikomu dnia. Jesteśmy smutni, ale ukrywamy to, by nikt nie okazywał nam litości.
Często zmieniamy się, bo sytuacja tego od nas wymaga. Wiadomo - w operze nie powinno się hałasować, na imprezie siedzieć w kącie z książką. Innych siebie "pokazujemy" na spotkaniach z rodziną, innych, jak godzinę później wychodzimy do znajomych. Przy nich umiemy kląć jak szewce, a podczas rozmowy z nauczycielami, przepraszamy gdy nam się wypsnie "kurde". Czasem to wynika z szacunku,ale zwykle bardziej z konsekwencji, jakie możemy ponieść. Nauczycielka może wstawić jedynkę, z opery mogą nas wyprosić, rodzina może się czepiać itp., itd. więc mamy kilka "ja" na różne okazje. Ponieważ tak jest łatwiej i to przynosi korzyść.
Przez grupy ludzi, z którymi mamy słaby kontakty, możemy być postrzegani nawet jako astronauci. Jednak z ludźmi z którymi widzimy się bardzo często, maski zwykle bywają bezpieczniejsze, łatwiejsze do nałożenia. Często okazuje się, że ludzie z którymi jesteśmy w klasie, będąc naszym (czyt. sztucznie utworzonym ;p) środowisku czują się niekomfortowo, podczas gdy po lekcjach, trafiając do "swoich" stają się niemal zupełnie innymi ludźmi. Śpiewają, tańczą, biegają, zdobywają mistorzostwa Europy. Ci sami, którzy w szkole gdy na nich popatrzeć, spuszczają wzrok. Te zamknięte maski, to nie jest próba oszukania nikogo. To tylko próba ukrycia się, ze strachu, że nie zostaną zaakceptowani.
Więc kiedy tak naprawdę jesteśmy sobą? Tak naprawdę, możemy spędzać ze sobą nawzajem dużo czasu, a tak naprawdę się nie znać. Najlepszym sposobem, żeby się odkryć, to podbramkowe sytuacje, coś nie coś w stylu "prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie", ale nie do końca. Współpraca w ważnej sprawie, spędzenie ze sobą dnia, dwóch, bez przerwy. Najlepiej na jakimś wyjeździe. Wspólny projekt wymagający prawdziwego zaangażowania. Filmy i biografie są przepełnione opowieściami o zespołach które się rozpadły krótko po rozpoczęciu współpracy, mimo że Ci ludzie wcześniej byli w bardzo dobrych relacjach. Tak to jakoś po prostu jest - niezależnie z czego biorą się nasze maski, to nie jesteśmy ich w stanie utrzymywać na sobie 24 h na dobę, zwłaszcza gdy pojawi się jakiś konflikt, czy wspólny cel nad którym trzeba pracować.Gdy dochodzi stres, irytacja, skupiamy się na wspólnym (lub swoim) celu i nie trzymamy masek. Co nie znaczy, że zdejmujemy maski tylko w nieprzyjemnych sytuacjach. Pozwalamy sobie na to, gdy czujemy się z kimś naprawdę dobrze, jesteśmy rozluźnieni (chociaż to też istnieje ryzyko, że gdy nam na czyjejś uwadze za bardzo zależy, udajemy kogoś kto by naszym zdaniem najbardziej "odpowiadał" charakterem tej osobie).
Może to po prostu ciężko i niekomfortowo tak chodzić bez niczego? Może, to wszystko jesteśmy my, tylko, różnych siebei pokazujemy zależnie od sytuacji? Jestem ciekawa jak Wy to postrzegacie :)
czwartek, 30 stycznia 2014
sobota, 11 stycznia 2014
feminizm, gender i wg
Fakt faktem, kobiety często mają trudniej w niektórych sferach życia. Strach się samej gdzieś nocą wybrać nie bierze się znikąd, pomijając już milczeniem opinie wysoko postawionych ludzi, a nawet seksuologów, że gwałt jest winą kobiety. Myślę, że tu nie potrzeba komentarza.
Moim zdaniem z jednej strony owszem - ideologia i sam pomysł feminizmu jest bardzo dobry,jednak łatwo odnieść dzisiaj wrażenie, że jego liderki zajmują się nie tym co potrzeba.
Jakkolwiek to nie zabrzmi, nie jestem do końca za stu procentową równością między kobietami a mężczyznami. Moim zdaniem jest oczywiście wiele do naprawienia na tym polu, mam tu na myśli choćby kobiety które poniżane we własnych domach, bite i nie doceniane. Czy kobiety w nie cywilizowanych krajach, które nadal "służą" do siedzenia w domu i rodzenia dzieci. Z resztą nie trzeba patrzeć aż tak daleko, w naszym kraju też znalazłoby się parę przykrych i nawet mocno skrajnych przykładów. Ruch teraz skupił się na walce o władze, czy antykoncepcje, podczas gdy ofiary nadal cierpią. Na nich powinno się teraz skupić, a nie zamiast na obrażaniu się na mężczyzn za to, że pomogli nam zdjąć z półki torbę w pociągu, czy przepuścili w drzwiach.
Jeśli chodzi o równość w zawodzie, to już cięższa sprawa. Wydaję mi się, że jest w dużej mierze personalna - w sensie który zawód jest stricte dla mężczyzn, który dla kobiet i w sumie dużo można o tym gadać, ale ten temat zostawię. Oczywiście jeśli chodzi o zarobki dla ludzi różnych płci, na tym samym stanowisku to jak najbardziej, powinny być takie same.
Co by nie było i jak nie jest, jeśli chodzi o ten ruch, tematem bardzo na topie jest sporna kwestia ideologii gender. Ideologia która twierdzi, że cechy płci nabywamy i nie są uwarunkowane genetycznie. Na pierwszy rzut oka ciekawy pogląd i jeśli kogoś to interesuje, można się nad nim zastanowić. Jednak nie trzeba wielkiego myślenia, ani filozofii by zauważyć że nie jesteśmy tacy sami. Nawet jeśli mała dziewczynka woli się bawić autami zamiast lalkami, czy może nawet ma dwóch starszych braci przez co szybko zaczyna się lepiej dogadywać z chłopakami niż dziewczynami, to przecież halo! Dalej jest dziewczyną. Dorasta, odkrywa powoli swoją kobiecość jak reszta jej rówieśniczek, a przede wszystkim ma dalej inny sposób odczuwania, myślenia, patrzenia na świat niż jej koledzy. To czy bawiła się takimi czy innymi zabawkami, czy lubi czy nie lubi różowego, może mieć oczywiście wpływ na jej charakter, ale przecież nie na płeć! Więc uważam, że całe te akcje, która mają sprzyjać równości, czyli zmuszanie dzieci w przedszkolu, żeby bawiły się inaczej niż chcą, ubieranie chłopaków w spódnicę, a dziewczynom nakazywanie odgrywania zachowań swoich kolegów jest co najmniej dziwne. Żaden rodzic nie nakazuje dziecku jak się ma bawić, robi ono to zawsze na swój sposób, rozwijając przy tym wyobraźnię i co, dorośli mają nagle stać nad dziećmi i nakazywać im kto jest kim w zabawie i jak mają to robić?
Poza tym moim wydaje mi się, że ideologia gender to kolejny krok w stronę tego, o czym już pisałam jakiś czas temu. Równość równością, oczywiście, ale nie zamiana ról. Co w tym dobrego, jeśli kobiety staną się bardziej męskie od mężczyzn, podczas gdy ci zrobią się zniewieściali? Dość dobry, chociaż luźny przykład był w jakiejś lekturze szkolnej, wydaje mi się, że w "Nie-boskiej komedii", ale poprawcie mnie się jeśli się mylę - gdzie jedna grupa chciała pokonać drugą dla równości, co miało w rzeczywistości skutkować jedynie zamianą ról. Klasa robotnicza zmieniłaby się w rządzącą, a rządząca w robotnicza. I co? Dalej niesprawiedliwie.
Ogólnie możemy przyjąć, że ok - może i świat jest nie fair? Można by wiele zmienić? Można. Jestem jednak przekonana, że zamiast mieszania dzieciakom w głowach, najlepiej po prostu, od małego uczyć ich szacunku. Wszyscy mamy takie same prawa do rozwoju i życia, bez względu na płeć, po prostu dlatego, że jesteśmy ludźmi. Każdy z nas jest w stanie dojść spokojnie do tego wniosku, bez udawania kogoś innego, czy kombinowania od najmłodszych lat. Wystarczy, że mamy dobry przykład, w domu, w szkole, czy w jakimkolwiek innym środowisku - że jedno żyje dla drugiego. Płeć mamy inną po to żeby uczyć się od siebie, a nie bezsensownie konkurować. Jeśli jest miłość i szacunek to od razu pojawia się oczywistość - że kobiety nie służą do rodzenia i gotowania, a mężczyźni do zarabiania pieniędzy - jedyna służba do której jesteśmy stworzeni, to pomoc sobie nawzajem :)
*zaktulalizowane ;
wtorek, 7 stycznia 2014
miłość do samego siebie
Jeśli spojrzysz w lustro i powiesz głośno,że się sobie podobasz, ludzie mogą stwierdzić, że jesteś narcyzem, lub może nawet zadufanym w sobie egoistą. Za ta przyjęło się jako norma to, że patrzymy na siebie mówiąc "ło matko jaka ja brzydka, gruba, dzika" i oczekujemy na słowa zaprzeczające tym przymiotnikom. Ba! Jeśli ktoś potwierdzi nasze słowa, jesteśmy w stanie się obrazić! Bezsens, może to właśnie dopiero jest próżność, kryjąca się pod pozorami skromności. Mówi się, że skromność, to świadomość siły, której się nie nadużywa. Oczywiście, to co zawsze powtarzam, nie popadajmy ze skrajności w skrajność. Mówienie: "wow, wow, patrzcie jaki jestem super, wow" - to już też próżność, tak jak w drugą stronę, mówienie o sobie samych złych rzeczy też nic dobrego nie przynosi.
Więc jaki jest na to sposób? Stanąć w prawdzie. Po prostu. Jeżeli mam wrażenie, że za dużo gadam, to oznajmiam to głośno jako fakt, by dowiedzieć się czy nie przesadzam i jak to widza inni. Nie dlatego, że oczekuje w odpowiedzi: "ach nie ach nie, nie prawda, skończ opowiadać, mam jeszcze dwie godziny przerwy".
Tak naprawdę boimy się powiedzieć głośno i otwarcie o swoich dobrych cechach. Ze zewnętrzynymi jest problem, o którym już wspomniałam, a co dopiero gdy dokopiemy się dalej! Od umiejętnośći zaczynając (powiem, że napewno źle napisze ten sprawdzian, tzn.: i tak pojdzie mi super, ale nie jeszcze coś sobie pomyślą), czy najważniejszymi, naszymi stałymi cechami. Kto z nas publicznie chwali swoje cechy? Za kogo by nas wtedy wzieli?
Można powiedzieć, że się czepiam i że tak naprawde jest to mało istotny szczegół. Jednak moim zdaniem to zjawisko jest objawem czegoś większego: naszego braku miłości do siebie. Cały czas oczekujemy, że ktoś inny nas pochwali, zauważy, co jest oczywiście ok, ale o ile nie zapominamy o chwaleniu samych siebie. Nikt tak nie zna naszych możliwości jak my sami, wiec wiele możemy zdziałać na polu naszego własnego wzrastania. Tylko że powtarzania wszystkim naokoło (w tym wmawianie tego sobie) że nic nie umiem nic nie umiem, jestem brzydki, głupi, żal - nie pomoże nam w tym. Przyniesie może krótkotrwałą ulgę, gdy ktoś nam powie,że to nie prawda. To tyle. Oczywiście, pochwały są dobre, plus każdy ma dzień, żeby ponarzekać, sedno jest w tym, by tego nie robić bez potrzeby, bo wtedy krzywdzimy tylko siebie.
Oczywiście, nie stawiam się w roli wszechwiedzącego moralizatora - sama przyłapuje się non stop, na "zrzucaniu" swoich sukcesów na innych, czy po prostu na łut szczęścia. Po prostu powoli dociera do mnie, co w tym jest nie tak i stwierdziłam, że się z Wami podzielę;). Bardzo możliwe, że ktoś z Was przyłapie mnie na słowach w stylu: "nic mi nie wychodzi, jestem bez sensu" - możecie mnie wtedy z czystym sumieniem odesłać do tego posta, hah :d - ale poważnie, każdy może mieć gorszy czas a wtedy pomagamy, pomagamy. Tylko nie twórzmy nie prawdziwych sytuacji, gdzie tylko stoimy i smęcimy, bo skromność jest trendy, a brak wiary w siebie taki "super". Zwłaszcza, że tuż obok nas mogą znajdować się osoby, które serio mają z tym problem.
Więc jaki jest na to sposób? Stanąć w prawdzie. Po prostu. Jeżeli mam wrażenie, że za dużo gadam, to oznajmiam to głośno jako fakt, by dowiedzieć się czy nie przesadzam i jak to widza inni. Nie dlatego, że oczekuje w odpowiedzi: "ach nie ach nie, nie prawda, skończ opowiadać, mam jeszcze dwie godziny przerwy".
Tak naprawdę boimy się powiedzieć głośno i otwarcie o swoich dobrych cechach. Ze zewnętrzynymi jest problem, o którym już wspomniałam, a co dopiero gdy dokopiemy się dalej! Od umiejętnośći zaczynając (powiem, że napewno źle napisze ten sprawdzian, tzn.: i tak pojdzie mi super, ale nie jeszcze coś sobie pomyślą), czy najważniejszymi, naszymi stałymi cechami. Kto z nas publicznie chwali swoje cechy? Za kogo by nas wtedy wzieli?
Można powiedzieć, że się czepiam i że tak naprawde jest to mało istotny szczegół. Jednak moim zdaniem to zjawisko jest objawem czegoś większego: naszego braku miłości do siebie. Cały czas oczekujemy, że ktoś inny nas pochwali, zauważy, co jest oczywiście ok, ale o ile nie zapominamy o chwaleniu samych siebie. Nikt tak nie zna naszych możliwości jak my sami, wiec wiele możemy zdziałać na polu naszego własnego wzrastania. Tylko że powtarzania wszystkim naokoło (w tym wmawianie tego sobie) że nic nie umiem nic nie umiem, jestem brzydki, głupi, żal - nie pomoże nam w tym. Przyniesie może krótkotrwałą ulgę, gdy ktoś nam powie,że to nie prawda. To tyle. Oczywiście, pochwały są dobre, plus każdy ma dzień, żeby ponarzekać, sedno jest w tym, by tego nie robić bez potrzeby, bo wtedy krzywdzimy tylko siebie.
Oczywiście, nie stawiam się w roli wszechwiedzącego moralizatora - sama przyłapuje się non stop, na "zrzucaniu" swoich sukcesów na innych, czy po prostu na łut szczęścia. Po prostu powoli dociera do mnie, co w tym jest nie tak i stwierdziłam, że się z Wami podzielę;). Bardzo możliwe, że ktoś z Was przyłapie mnie na słowach w stylu: "nic mi nie wychodzi, jestem bez sensu" - możecie mnie wtedy z czystym sumieniem odesłać do tego posta, hah :d - ale poważnie, każdy może mieć gorszy czas a wtedy pomagamy, pomagamy. Tylko nie twórzmy nie prawdziwych sytuacji, gdzie tylko stoimy i smęcimy, bo skromność jest trendy, a brak wiary w siebie taki "super". Zwłaszcza, że tuż obok nas mogą znajdować się osoby, które serio mają z tym problem.
piątek, 3 stycznia 2014
na przekór własnemu myśleniu
Historia wymyślona na poczekaniu:
Do Ani doszły słuchy, że jej chłopak ją wczoraj zdradził. Emocje kotłują się w niej od niepewności, przez rozpacz, aż po gniew. Jej przyjaciółka, która od razu jej mówiła, że nie powinni być razem, że źle mu z oczu patrzy itp, tylko podsyca u niej złe emocje. Przypomina jej się, że w sumie cały wczorajszy dzień nie dostała od niego znaku życia, dziewczyna łączy fakty, w sumie ostatnio był jakiś dziwny, tak! Jest już pewna. Powinna się z nim rozstać. Jednak dalej go kocha i inne uczucia delikatnie próbują się do niej przedostać. Postanawia spotkać się z nim i wszystko wyjaśnić.
Spotykają się. Chłopak jest markotny, niewiele mówi. Ma nieobecny wzrok, wydaje się, jakby go nie było w pokoju. Ania chce dać mu ostatnią szansę, pyta czy ma jej coś do powiedzenia. Ten odpowiada po cichu, że nie ma teraz ochoty, może kiedy indziej, zresztą to i tak nic nie zmieni, jeśli jej teraz powie. Te słowa przeważyły szale. Dziewczyna oznajmiła dławiącym się głosem, że nie chce go już więcej widzieć i nie dopuszczając chłopaka do głosu, kazała mu jak najszybciej odejść. Czuła się już na tyle upokorzona, że nie chciała wysłuchiwać jego wyjaśnień.
a teraz historia z punktu widzenia Kuby:
Wszytko układa się coraz gorzej, można powiedzieć tragicznie. Zmarł jego dziadek, który był mu bardzo bliski. Rodzina stoi nad nim, w kółko go pociesza, ale chłopak nie daje po sobie nic poznać, wszystkie uczucia dławi w sobie. Wydaje mu się, że sam poradzi sobie z problemem, nie daje uczuciom wydostać się na wierzch, nie chce by się nad nim ktokolwiek litował. Nikomu jeszcze o tym nie powiedział, usiłuje sobie na razie wszystko sam "przetrawić". Dostaje kilka wiadomości od Ani, nie chce jej na razie nic mówić, wie, że dziewczyna i tak ma teraz sporo na głowie. Nie odpowiada przez większość czasu, później tylko wysyła krótkie "jest ok". Spotykają się tego samego dnia. Po chwili dziewczyna oznajmuje mu, że z nimi koniec, Jest w szoku, przecież nic się między nimi złego nie działo, próbuje z nią to wyjaśnić, ale Ania nie daje mu szans.
Wyszedł zagrać w kosza, wyżył się na boisku, pogadał z kumplem. "Zrozumiał", że wszystkie kobiety są takie same i znowu się mylił. Nie wiadomo o co im chodzi i bez powodu potrafią zrobić awanturę, przecież jeszcze dzień wcześńiej było wszystko w porządku! Da sobie z nią spokój.
***
Wpadł mi do głowy pomysł o czym napisać, ale nie umiałam tego ubrać w słowa, więc stwierdziłam, że opisze to na podstawie jakiejś historii.Jest może trochę przesadzona, ale o to nie dbałam. Chodziło mi o to by przedstawić jakie problemy daje nam inny tok myślenia - tu na najbardziej znanym przykładzie, czyli różnicy w myśleniu chłopaka i dziewczyny, ale równie dobrze mogła by to być różnica w odbieraniu świata przez dwie przyjaciółki, czy nieporozumienia w relacji rodzic - dziecko.
Wracając do pierwszego przykładu - możemy zastanawiać się kto postąpił w tej sytuacji gorzej, albo po czyjej stronie leży wina. Problem będzie jednak istniał nadal - fakt, że często wydaje się nam, że nasz punkt widzenia jest najlogiczniejszy i prawdziwy. Tak naprawdę wszyscy jesteśmy inni i nie mam tu na myśli wyglądu czy nawet cech charakteru, tylko właśnie sposobu myślenia. Musimy być ostrożni w relacjach z innymi. Niektórzy dokuczają sobie gdy się lubią, inni przyjmują taką postawę tylko przy rozmowie z prawdziwymi przyjaciółmi. Jedna dziewczyna może powtarzać "kocham Cię" na okrągło, rodzinie, przyjaciołom, znajomym czy nawet nowo poznanym osobom, którzy właśnie powiedzieli coś zabawnego, podczas gdy inna będzie miała nie lada problem by wyznać komuś, że go lubi.
Nie da się mierzyć wszystkich jedną miarą. Musimy starać się wyjść ze skorupy swojego myślenia, zeskoczyć z poziomu swojej dumy i przyjrzeć się myśleniu i potrzebom kogoś innego. Sama się tego uczę i wiem jakie to trudne. Punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia, a każdy z nas ma conajmniej kilka takich punktów ;). Najważniejsze, by nie traktować tej pracy jako mozolną, ale jako przygodę, jako wyjśćie ze swojego dobrze znanego nam podwórka swoich myśli i poglądów, by wkroczyć w świat zupełnie innego myślenia bliskich nam ludzi :).
i dziękuje Wam za komentarze, szczególnie te z poprzedniego posta, sprawiły mi wielką radość:)
Do Ani doszły słuchy, że jej chłopak ją wczoraj zdradził. Emocje kotłują się w niej od niepewności, przez rozpacz, aż po gniew. Jej przyjaciółka, która od razu jej mówiła, że nie powinni być razem, że źle mu z oczu patrzy itp, tylko podsyca u niej złe emocje. Przypomina jej się, że w sumie cały wczorajszy dzień nie dostała od niego znaku życia, dziewczyna łączy fakty, w sumie ostatnio był jakiś dziwny, tak! Jest już pewna. Powinna się z nim rozstać. Jednak dalej go kocha i inne uczucia delikatnie próbują się do niej przedostać. Postanawia spotkać się z nim i wszystko wyjaśnić.
Spotykają się. Chłopak jest markotny, niewiele mówi. Ma nieobecny wzrok, wydaje się, jakby go nie było w pokoju. Ania chce dać mu ostatnią szansę, pyta czy ma jej coś do powiedzenia. Ten odpowiada po cichu, że nie ma teraz ochoty, może kiedy indziej, zresztą to i tak nic nie zmieni, jeśli jej teraz powie. Te słowa przeważyły szale. Dziewczyna oznajmiła dławiącym się głosem, że nie chce go już więcej widzieć i nie dopuszczając chłopaka do głosu, kazała mu jak najszybciej odejść. Czuła się już na tyle upokorzona, że nie chciała wysłuchiwać jego wyjaśnień.
a teraz historia z punktu widzenia Kuby:
Wszytko układa się coraz gorzej, można powiedzieć tragicznie. Zmarł jego dziadek, który był mu bardzo bliski. Rodzina stoi nad nim, w kółko go pociesza, ale chłopak nie daje po sobie nic poznać, wszystkie uczucia dławi w sobie. Wydaje mu się, że sam poradzi sobie z problemem, nie daje uczuciom wydostać się na wierzch, nie chce by się nad nim ktokolwiek litował. Nikomu jeszcze o tym nie powiedział, usiłuje sobie na razie wszystko sam "przetrawić". Dostaje kilka wiadomości od Ani, nie chce jej na razie nic mówić, wie, że dziewczyna i tak ma teraz sporo na głowie. Nie odpowiada przez większość czasu, później tylko wysyła krótkie "jest ok". Spotykają się tego samego dnia. Po chwili dziewczyna oznajmuje mu, że z nimi koniec, Jest w szoku, przecież nic się między nimi złego nie działo, próbuje z nią to wyjaśnić, ale Ania nie daje mu szans.
Wyszedł zagrać w kosza, wyżył się na boisku, pogadał z kumplem. "Zrozumiał", że wszystkie kobiety są takie same i znowu się mylił. Nie wiadomo o co im chodzi i bez powodu potrafią zrobić awanturę, przecież jeszcze dzień wcześńiej było wszystko w porządku! Da sobie z nią spokój.
***
Wpadł mi do głowy pomysł o czym napisać, ale nie umiałam tego ubrać w słowa, więc stwierdziłam, że opisze to na podstawie jakiejś historii.Jest może trochę przesadzona, ale o to nie dbałam. Chodziło mi o to by przedstawić jakie problemy daje nam inny tok myślenia - tu na najbardziej znanym przykładzie, czyli różnicy w myśleniu chłopaka i dziewczyny, ale równie dobrze mogła by to być różnica w odbieraniu świata przez dwie przyjaciółki, czy nieporozumienia w relacji rodzic - dziecko.
Wracając do pierwszego przykładu - możemy zastanawiać się kto postąpił w tej sytuacji gorzej, albo po czyjej stronie leży wina. Problem będzie jednak istniał nadal - fakt, że często wydaje się nam, że nasz punkt widzenia jest najlogiczniejszy i prawdziwy. Tak naprawdę wszyscy jesteśmy inni i nie mam tu na myśli wyglądu czy nawet cech charakteru, tylko właśnie sposobu myślenia. Musimy być ostrożni w relacjach z innymi. Niektórzy dokuczają sobie gdy się lubią, inni przyjmują taką postawę tylko przy rozmowie z prawdziwymi przyjaciółmi. Jedna dziewczyna może powtarzać "kocham Cię" na okrągło, rodzinie, przyjaciołom, znajomym czy nawet nowo poznanym osobom, którzy właśnie powiedzieli coś zabawnego, podczas gdy inna będzie miała nie lada problem by wyznać komuś, że go lubi.
Nie da się mierzyć wszystkich jedną miarą. Musimy starać się wyjść ze skorupy swojego myślenia, zeskoczyć z poziomu swojej dumy i przyjrzeć się myśleniu i potrzebom kogoś innego. Sama się tego uczę i wiem jakie to trudne. Punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia, a każdy z nas ma conajmniej kilka takich punktów ;). Najważniejsze, by nie traktować tej pracy jako mozolną, ale jako przygodę, jako wyjśćie ze swojego dobrze znanego nam podwórka swoich myśli i poglądów, by wkroczyć w świat zupełnie innego myślenia bliskich nam ludzi :).
i dziękuje Wam za komentarze, szczególnie te z poprzedniego posta, sprawiły mi wielką radość:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)