czwartek, 30 stycznia 2014

Maski

Tekst prawdopodobnie nie wiele wnoszący do życia, takie odsiewanie myśli. Madzia ostatnio zadała mi parę ciekawych pytań ,a propos tego, jak zmieniamy swoje zachowanie, zależnie od sytuacji, ludzi - i taka mnie naszła po tym rozkmina:
Przez prawie cały czas ubieramy maski. Czy "Gęby", jak mogliśmy przeczytać/obejrzeć w Ferdydurce. Wbrew pozorom, nie robimy tego z powodu jakiejś naszej wredoty, czy złych pobudek - wręcz przeciwnie, często motywacje mamy bardzo dobrą. Jesteśmy weseli, ale chowamy to pod maską powagi, ponieważ znajoma ma zły dzień. Jesteśmy wściekli, ale ukrywamy to pod maską obojętności, by nie psuć nikomu dnia.  Jesteśmy smutni, ale ukrywamy to, by nikt nie okazywał nam litości.
  Często zmieniamy się, bo sytuacja tego od nas wymaga. Wiadomo - w operze nie powinno się hałasować, na imprezie siedzieć w kącie z książką. Innych siebie "pokazujemy" na spotkaniach z rodziną, innych, jak godzinę później wychodzimy do znajomych. Przy nich umiemy kląć jak szewce, a podczas rozmowy z nauczycielami, przepraszamy gdy nam się wypsnie "kurde". Czasem to wynika z szacunku,ale zwykle bardziej z konsekwencji, jakie możemy ponieść. Nauczycielka może wstawić jedynkę, z opery mogą nas wyprosić, rodzina może się czepiać itp., itd. więc mamy kilka "ja" na różne okazje. Ponieważ tak jest łatwiej i to przynosi korzyść.
  Przez grupy ludzi, z którymi mamy słaby kontakty, możemy być postrzegani nawet jako astronauci. Jednak z ludźmi z którymi widzimy się bardzo często, maski zwykle bywają bezpieczniejsze, łatwiejsze do nałożenia. Często okazuje się, że ludzie z którymi jesteśmy w klasie, będąc naszym (czyt. sztucznie utworzonym ;p) środowisku czują się niekomfortowo, podczas gdy po lekcjach, trafiając do "swoich" stają się niemal zupełnie innymi ludźmi. Śpiewają, tańczą, biegają, zdobywają mistorzostwa Europy. Ci sami, którzy w szkole gdy na nich popatrzeć, spuszczają wzrok. Te zamknięte maski, to nie jest próba oszukania nikogo. To tylko próba ukrycia się, ze strachu, że nie zostaną zaakceptowani.
  Więc kiedy tak naprawdę jesteśmy sobą? Tak naprawdę, możemy spędzać ze sobą nawzajem dużo czasu, a tak naprawdę się nie znać. Najlepszym sposobem, żeby się odkryć, to podbramkowe sytuacje, coś nie coś w stylu "prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie", ale nie do końca. Współpraca w ważnej sprawie, spędzenie ze sobą dnia, dwóch, bez przerwy. Najlepiej na jakimś wyjeździe. Wspólny projekt wymagający prawdziwego zaangażowania. Filmy i biografie są przepełnione opowieściami o zespołach które się rozpadły krótko po rozpoczęciu współpracy, mimo że Ci ludzie wcześniej byli w bardzo dobrych relacjach. Tak to jakoś po prostu jest - niezależnie z czego biorą się nasze maski, to nie jesteśmy ich w stanie utrzymywać na sobie 24 h na dobę, zwłaszcza gdy pojawi się jakiś konflikt, czy wspólny cel nad którym trzeba pracować.Gdy dochodzi stres, irytacja, skupiamy się na wspólnym (lub swoim) celu i nie trzymamy masek. Co nie znaczy, że zdejmujemy maski tylko w nieprzyjemnych sytuacjach. Pozwalamy sobie na to, gdy czujemy się z kimś naprawdę dobrze, jesteśmy rozluźnieni (chociaż to też istnieje ryzyko, że gdy nam na czyjejś uwadze za bardzo zależy, udajemy kogoś kto by naszym zdaniem najbardziej "odpowiadał" charakterem tej osobie).
  Może to po prostu ciężko i niekomfortowo tak chodzić bez niczego? Może, to wszystko jesteśmy my, tylko, różnych siebei pokazujemy zależnie od sytuacji? Jestem ciekawa jak Wy to postrzegacie :)

1 komentarz:

  1. Prawdziwe "ja" pokazujemy mimowolnie, gdy dajemy sie porwać silnym emocjom. Zachowujemy się zwyczajnie, tak jak na codzień, a tu nagle dzieje się coś niespodziewanego, coś, co nie obejmuje założonego planu dnia. Tak myślę :)

    OdpowiedzUsuń